Українська та зарубіжна поезія

Вірші на українській мові



Pan Tadeusz – Księga osma: Zajazd

Astronomia Wojskiego.
Uwaga Podkomorzego nad kometami.
Tajemnicza scena w pokoju Sędziego.
Tadeusz, chcąc zręcznie wyplątać się, wpada w wielkie kłopoty.
Nowa Dydo.
Zajazd.
Ostatnia woznienska protestacja.
Hrabia zdobywa Soplicowo.
Szturm i rzez.
Gerwazy piwnicznym.
Uczta zajazdowa.

Przed burzą bywa chwila cicha i ponura;
Kiedy nad głowy ludzi przyleciawszy chmura
Stanie i groząc twarzą, dech wiatrow zatrzyma,
Milczy, obiega ziemię błyskawic oczyma,
Znacząc te miejsca, gdzie wnet ciśnie grom po gromie
Tej ciszy chwila była w Soplicowskim domie.
Myśliłbyś, ze przeczucie nadzwyczajnych zdarzen
Ścięło usta, i wzniosło duchy w kraje marzen.

Po wieczerzy i Sędzia, i goście ze dworu
Wychodzą na dziedziniec uzywać wieczoru;
Zasiadają na przyzbach wysłanych murawą;
Całe grono z posępną i cichą postawą
Pogląda w niebo, ktore zdawało się znizać,
Ścieśniać, i coraz bardziej ku ziemi przyblizać,
Az oboje, skrywszy się pod zasłonę ciemną
Jak kochankowie, wszczęli rozmowę tajemną,
Tłumacząc swe uczucia w westchnieniach tłumionych,
Szeptach, szmerach i słowach na wpoł wymowionych,
Z ktorych składa się dziwna muzyka wieczoru.

Zaczął ją puszczyk, jęcząc na poddaszu dworu;
Szepnęły wiotkim skrzydłem niedoperze, lecą
Pod dom, gdzie szyby okien, twarze ludzi świecą;
Nizej zaś, niedoperzow siostrzyczki, ćmy, rojem
Wiją się, przywabione białym kobiet strojem,
Mianowicie przykrzą się Zosi, bijąc w lice
I w jasne oczki, ktore biorą za dwie świece.
Na powietrzu owadow wielki krąg się zbiera,
Kręci się grając jako harmoniki sfera;
Ucho Zosi rozroznia środ tysiąca gwarow
Akord muszek i połton fałszywy komarow.

W polu koncert wieczorny ledwie jest zaczęty;
Właśnie muzycy konczą stroić instrumenty,
Juz trzykroć wrzasnął derkacz, pierwszy skrzypak łąki,
Juz mu z dala wtorują z bagien basem bąki,
Juz bekasy do gory porwawszy się wiją
I bekając raz po raz jak w bębenki biją.

Na finał szmerow muszych i ptaszęcej wrzawy
Odezwały się chorem podwojnym dwa stawy,
Jako zaklęte w gorach kaukaskich jeziora,
Milczące przez dzien cały, grające z wieczora.
Jeden staw, co ton jasną i brzeg miał piaszczysty,
Modrą piersią jęk wydał cichy, uroczysty;
Drugi staw, z dnem błotnistym i gardzielem mętnym,
Odpowiedział mu krzykiem załośnie namiętnym;
W obu stawach piały zab niezliczone hordy,
Oba chory zgodzone w dwa wielkie akordy.
Ten fortissimo zabrzmiał, tamten nuci z cicha,
Ten zdaje się wyrzekać, tamten tylko wzdycha;
Tak dwa stawy gadały do siebie przez pola,
Jak grające na przemian dwie arfy Eola.

Mrok gęstniał; tylko w gaju i około rzeczki
W łozach, błyskały wilcze oczy jako świeczki,
A dalej, u ścieśnionych widnokręgu brzegow,
Tu i owdzie ogniska pastuszych noclegow.
Nareszcie księzyc srebrną pochodnię zaniecił,
Wyszedł z boru i niebo, i ziemię oświecił.
One teraz, z pomroku odkryte w połowie,
Drzemały obok siebie, jako małzonkowie
Szczęśliwi: niebo w czyste objęło ramiona
Ziemi pierś, co księzycem świeci posrebrzona.

Juz naprzeciw księzyca gwiazda jedna, druga
Błysnęła; juz ich tysiąc, juz milijon mruga.
Kastor z bratem Polluksem jaśnieli na czele,
Zwani niegdyś u Słowian Lele i Polele;
Teraz ich w zodyjaku gminnym znow przechrzczono,
Jeden zowie się Litwą, a drugi Koroną.

Dalej niebieskiej Wagi dwie szale błyskają;
Na nich Bog w dniu stworzenia (starzy powiadają)
Wazył z kolei wszystkie planety i ziemię,
Nim w przepaściach powietrza osadził ich brzemię;
Potem wagi złociste zawiesił na niebie:
Z nich to ludzie wag i szal wzor wzięli dla siebie.

Na połnoc świeci okrąg gwiazdzistego Sita,
Przez ktore Bog (jak mowią) przesiał ziarnka zyta,
Kiedy je z nieba zrucał dla Adama ojca,
Wygnanego za grzechy z rozkoszy ogrojca.

Nieco wyzej Dawida woz, gotow do jazdy,
Długi dyszel kieruje do polarnej gwiazdy.
Starzy Litwini wiedzą o rydwanie owym,
Że niesłusznie pospolstwo zwie go Dawidowym,
Gdyz to jest woz Anielski. Na nim to przed czasy
Jechał Lucyper, Boga gdy wyzwał w zapasy,
Mlecznym gościncem pędząc w cwał w niebieskie progi,
Az go Michał zbił z wozu, a woz zrucił z drogi.
Teraz popsuty między gwiazdami się wala,
Naprawiać go archanioł Michał nie pozwala.

I to wiadomo takze u starych Litwinow
(A wiadomość tę pono wzięli od rabinow),
Że ow zodyjakowy Smok długi i gruby,
Ktory gwiazdziste wije po niebie przeguby,
Ktorego mylnie Węzem chrzczą astronomowie,
Jest nie węzem, lecz rybą, Lewiatan się zowie.
Przed czasy mieszkał w morzach, ale po potopie
Zdechł z niedostatku wody; więc na niebios stropie,
Tak dla osobliwości jako dla pamiątki,
Anieli zawiesili jego martwe szczątki.
Podobnie pleban mirski zawiesił w kościele
Wykopane olbrzymow zebra i piszczele.

Takie gwiazd historyje, ktore z ksiązek zbadał
Albo słyszał z podania, Wojski opowiadał;
Chociaz wieczorem słaby miał wzrok Wojski stary
I nie mogł w niebie dojrzeć nic przez okulary,
Lecz na pamięć znał imię i kształt kazdej gwiazdy;
Wskazywał palcem miejsca i drogę ich jazdy.

Dziś mało go słuchano, nie zwazano wcale
Na Sito ni na Smoka, ani tez na Szale;
Dziś oczy i myśl wszystkich pociąga do siebie
Nowy gość, dostrzezony niedawno na niebie;
Był to kometa pierwszej wielkości i mocy,
Zjawił się na zachodzie, leciał ku połnocy;
Krwawym okiem z ukosa na rydwan spoziera
Jakby chciał zająć puste miejsce Lucypera,
Warkocz długi w tył rzucił i część nieba trzecią
Obwinął nim, gwiazd krocie zagarnął jak siecią
I ciągnie je za sobą, a sam wyzej głową
Mierzy, na połnoc, prosto w gwiazdę biegunową

Z niewymownym przeczuciem cały lud litewski
Poglądał kazdej nocy na ten cud niebieski,
Biorąc złą wrozbę z niego, tudziez z innych znakow:
Bo zbyt często słyszano krzyk złowieszczych ptakow,
Ktore na pustych polach gromadząc się w kupy
Ostrzyły dzioby, jakby czekając na trupy.
Zbyt często postrzegano, ze psy ziemię ryły
I jak gdyby śmierć wietrząc, przerazliwie wyły:
Co wrozy głod lub wojnę; a straznicy boru
Widzieli, jak przez smętarz szła dziewica moru,
Ktora wznosi się czołem nad najwyzsze drzewa,
A w lewym ręku chustką skrwawioną powiewa.

Rozne stąd wnioski tworzył stojący przy płocie
Ciwun, co przyszedł zdawać sprawę o robocie,
I pisarz prowentowy w szeptach z Ekonomem.

Lecz Podkomorzy siedział na przyzbie przed domem.
Przerwał rozmowę gości, znać, ze głos zabiera;
Błysnęła przy księzycu wielka tabakiera
(Cała z szczerego złota, z brylantow oprawa,
We środku za szkłem portret krola Stanisława),
Zadzwonił w nią palcami, zazył i rzekł: “Panie
Tadeuszu, Waścine o gwiazdach gadanie
Jest tylko echem tego, co słyszałeś w szkole.
Ja o cudzie, prostakow poradzić się wolę.
I ja astronomiji słuchałem dwa lata
W Wilnie, gdzie Puzynina, mądra i bogata
Pani, oddała dochod z wioski dwiestu chłopow
Na zakupienie roznych szkieł i teleskopow.
Ksiądz Poczobut, człek sławny, był obserwatorem
I całej Akademiji naonczas rektorem,
Przeciez w koncu katedrę i teleskop rzucił,
Do klasztoru, do cichej celi swej powrocił
I tam umarł przykładnie. Znam się tez z Śniadeckim,
Ktory jest mądrym bardzo człekiem, chociaz świeckim.
Owoz astronomowie planetę, kometę,
Uwazają tak, jako mieszczanie karetę;
Wiedzą, czyli zajezdza przed krola stolicę,
Czyli z rogatek miejskich rusza za granicę;
Lecz kto w niej jechał? po co? co z krolem rozmawiał?
Czy krol posła z pokojem, czy z wojną wyprawiał?
O to ani pytają. Pomnę za mych czasow,
Gdy Branecki karetą swą ruszył do Jassow
I za tą niepoczciwą pociągnął karetą
Ogon Targowiczanow, jak za tą kometą,
Lud prosty, choć w publiczne nie mieszał się rady,
Zgadnął zaraz, ze ogon ow jest wrozbą zdrady.
Słychać, ze lud dał imię miotły tej komecie
I powiada, ze ona milijon wymiecie”.

A na to rzekł z ukłonem Wojski: “Prawda, Jaśnie
Wielmozny Podkomorzy; przypominam właśnie,
Co mnie mowiono niegdyś małemu dziecięciu,
Pamiętam, choć nie miałem wowczas lat dziesięciu,
Kiedy widziałem w domu naszym nieboszczyka
Sapiehę, pancernego znaku porucznika,
Co potem był nadwornym marszałkiem krolewskim,
Na koniec umarł wielkim kanclerzem litewskim,
Miawszy lat sto i dziesięć. Ten, za krola Jana
Trzeciego, był pod Wiedniem w chorągwi hetmana
Jabłonowskiego; owoz ow kanclerz powiadał,
Że właśnie kiedy na kon krol Jan Trzeci wsiadał,
Gdy nuncyjusz papieski zegnał go na drogę,
A poseł austryjacki całował mu nogę
Podając strzemię (poseł zwał się Wilczek hrabia),
Krol krzyknął: “Patrzcie, co się na niebie wyrabia!”
Spojrzą, alić nad głowy suwał się kometa
Drogą, jaką ciągnęły wojska Mahometa,
Z wschodu na zachod; potem i ksiądz Bartochowski,
Składając panegiryk na tryumf krakowski,
Pod godłem Orientis Fulmen, prawił wiele
O tym komecie; takze czytam o nim w dziele
Pod tytułem Janina, gdzie jest opisana
Cała wyprawa krola nieboszczyka Jana
I wyryta chorągiew wielka Mahometa,
I ow, taki jak dziś go widzimy, kometa”.

“Amen, rzekł na to Sędzia; ja wrozbę Waszeci
Przyjmuję, oby z gwiazdą zjawił się Jan Trzeci!
Jest na zachodzie wielki dziś bohater; moze
Kometa go przywiedzie do nas, co daj Boze!”

Na to rzekł Wojski głowę pochyliwszy smutnie:
“Kometa czasem wojny, czasem wrozy kłotnie!
Niedobrze, iz się zjawił tuz nad Soplicowem
Moze nam grozi jakiem nieszczęściem domowem.”
Mieliśmy wczora dosyć rozterku i zwady,
Tak w czasie polowania, jako i biesiady.
Rejent kłocił się z rana z panem Asesorem,
A pan Tadeusz wyzwał Hrabiego wieczorem.
Pono spor ten ze skory niedzwiedziej pochodził;
I gdyby mnie Dobrodziej Sędzia nie przeszkodził,
Ja bym u stołu obu przeciwnikow zgodził.
Bo chciałem opowiedzieć wypadek ciekawy,
Podobny do zdarzenia wczorajszej wyprawy,
Co trafił się najpierwszym strzelcom za mych czasow,
Posłowi Rejtanowi i księciu Denassow.
Przypadek był takowy:
“Jenerał Podolskich
Ziem przejezdzał z Wołynia do swoich dobr polskich,
Czy tez, gdy dobrze pomnę, na sejm do Warszawy,-
Po drodze zwiedzał szlachtę, juz to dla zabawy,
Juz dla popularności; wstąpił więc do pana
Tadeusza, dziś świętej pamięci, Rejtana,
Ktory był potem naszym nowogrodzkim posłem
I w ktorego ja domu od dziecinstwa wzrosłem.
Owoz Rejtan na przyjazd księcia Jenerała
Zaprosił gości – liczna szlachta się zebrała,
Było teatrum (Ksiązę kochał się w teatrze);
Fajerwerk dawał Kaszyc, ktory mieszka w Jatrze,
Pan Tyzenhauz tancerzy przysłał, a kapele
Oginski i pan Sołtan, co mieszka w Zdzięciele.
Słowem, dawano huczne nad spodziw zabawy
W domu, a w lasach wielkie robiono obławy.
Wiadomo zaś Waszmościom jest, ze prawie wszyscy,
Ile ich zapamiętać mozna, Czartoryscy,
Choć idą z Jagiellonow krwi, lecz do myślistwa
Nie są bardzo pochopni, pewno nie z lenistwa,
Lecz z gustow cudzoziemskich; i ksiązę Jenerał
Częściej do ksiązek nizli do psiarni zazierał,
I do alkowek damskich częściej niz do lasow.

“W świcie Księcia był ksiązę niemiecki Denassow,
O ktorym powiadano, ze w Libijskiej ziemi
Goszcząc, polował niegdyś z krolmi murzynskiemi
I tam tygrysa spisą w ręcznym boju zwalił,
Z czego się bardzo ksiązę ow Denassow chwalił.
U nas zaś polowano na dziki w tę porę;
Rejtan zabił ze sztućca ogromną maciorę,
Z wielkim niebezpieczenstwem, bo z bliska wypalił.
Kazdy z nas trafność strzału wydziwiał i chwalił,
Tylko Niemiec Denassow obojętnie słuchał
Pochwał takich, i chodząc pod nos sobie dmuchał:
Że trafny strzał dowodzi tylko śmiałe oko,
Biała bron śmiałą rękę; i zaczął szeroko
Znowu gadać o swojej Libiji i śpisie,
O swych krolach murzynskich i o swym tygrysie.
Markotno to się stało panu Rejtanowi,
Był człek zywy, uderzył po szabli i mowi:
Mości Ksiązę! kto patrzy śmiele, walczy śmiele,
Warte dziki tygrysow, a spis karabele –
I zaczynali z Niemcem dyskurs nazbyt zwawy.
Szczęściem, ksiązę Jenerał przerwał te rozprawy,
Godząc ich po francusku: co tam gadał, nie wiem,
Ale ta zgoda był to popioł nad zarzewiem;
Bo Rejtan wziął do serca, okazyi czekał
I dobrą sztukę spłatać Niemcowi przyrzekał;
Tej sztuki ledwie własnym nie przypłacił zdrowiem
A spłatał ją nazajutrz, jak to wnet opowiem”.

Tu Wojski umilknąwszy prawą rękę wznosił
I u Podkomorzego tabakiery prosił;
Długo zazywa, konczyć powieści nie raczy,
Jak gdyby chciał zaostrzyć ciekawość słuchaczy.
Zaczynał wreszcie, kiedy znowu mu przerwano
Powieść taką ciekawą, tak pilnie słuchaną!
Bo do Sędziego nagle ktoś przysłał człowieka,
Donosząc, ze z niezwłocznym interesem czeka.

Sędzia, dając dobranoc, zegnał całe grono:
Natychmiast się po roznych stronach rozpierzchniono,
Ci spać do domu, tamci w stodole na sianie;
Sędzia szedł podroznemu dawać posłuchanie.

Inni juz śpią – Tadeusz po sieniach się zwija
Chodząc jako wartownik około drzwi stryja,
Bo musi w waznych rzeczach rady jego szukać
Dziś jeszcze, nim spać pojdzie; nie śmie do drzwi stukać,
Sędzia drzwi na klucz zamknął, z kimś tajnie rozmawia;
Tadeusz konca czeka, a ucha nadstawia.

Słyszy wewnątrz szlochanie; nie trącając klamek
Ostroznie dziurką klucza zagląda przez zamek.
Widzi rzecz dziwną! Sędzia i Robak na ziemi
Klęczeli objąwszy się i łzami rzewnemi
Płakali, Robak ręce Sędziego całował,
Sędzia Księdza za szyję płacząc obejmował,
Wreszcie po ćwierćgodzinnym przerwaniu rozmowy
Robak po cichu tymi odezwał się słowy:

“Bracie! Bog wie, zem dotąd tajemnic dochował,
Ktorem z zalu za grzechy w spowiedzi ślubował:
Że Bogu i Ojczyznie poświęcony cały,
Nie słuząc pysze, ziemskiej nie szukając chwały,
Żyłem dotąd i chciałem umrzeć bernardynem,
Nie wydając nazwiska nie tylko przed gminem,
Ale nawet przed tobą i przed własnym synem!
Wszakze ksiądz prowincyjał dał mi pozwolenie
In articulo mortis zrobić objawienie.
Kto wie, czy wrocę zywy! kto wie, co się stanie
W Dobrzynie! Bracie! wielkie, wielkie zamieszanie!
Francuz jeszcze daleko, nim przeminie zima,
Trzeba czekać, a szlachta pono nie dotrzyma.
Mozem zanadto czynnie z powstaniem się krzątał!
Pono zle zrozumieli! Klucznik wszystko splątał!
Ten wariat Hrabia! słyszę, pobiegł do Dobrzyna,
Nie mogłem go uprzedzić, wazna w tym przyczyna:
Stary Maciek mnie poznał, a jeśli odkryje,
Potrzeba będzie oddać pod Scyzoryk szyję.
Nic Klucznika nie wstrzyma! mniejsza o mą głowę,
Lecz tym odkryciem spisku zerwałbym osnowę.

“Przeciez dziś tam być muszę! widzieć, co się dzieje,
Choćbym zginął; beze mnie szlachta oszaleje!
Bądz zdrow, najmilszy bracie! bądz zdrow, śpieszyć muszę.
Jeśli zginę, ty jeden westchniesz za mą duszę;
W przypadku wojny, tobie cała tajemnica
Wiadoma, koncz com zaczął, pomnij, ześ Soplica!”

Tu Ksiądz łzy otarł, habit zapiął, kaptur włozył
I okienicę tylną po cichu otworzył,
Widać było, ze oknem do ogrodu skakał;
Sędzia, zostawszy jeden, siadł w krześle i płakał.

Chwilę czekał Tadeusz, nim w klamkę zadzwonił;
Otworzono mu, cicho wszedł, nisko się skłonił:
“Stryjaszku Dobrodzieju, rzekł, ledwie dni kilka
Przebawiłem tu, dni te minęły jak chwilka;
Nie miałem czasu z twoim domem się nacieszyć
I z tobą, a odjezdzać muszę, muszę śpieszyć
Zaraz, dzisiaj, Stryjaszku, a jutro najdalej:
Wszak pamiętacie, ześmy Hrabiego wyzwali.
Bić się z nim to rzecz moja, posłałem wyzwanie,
W Litwie jest zakazane pojedynkowanie,
Jadę więc na granicę Warszawskiego Księstwa;
Hrabia, prawda, fanfaron, lecz mu nie brak męstwa,
Na miejsce naznaczone zapewne się stawi,
Rozprawim się; a jeśli Bog pobłogosławi,
Ukarzę go, a potem za Łososny brzegi
Przepłynę, gdzie mnie bratnie czekają szeregi.
Słyszałem, ze mi ojciec testamentem kazał
Słuzyć w wojsku, a nie wiem, kto testament zmazał”.

“Moj Tadeuszku, rzekł stryj, czy Waszeć kąpany
W gorącej wodzie, czy tez kręcisz jak lis szczwany,
Co indziej kitą wije, a sam indziej biezy?
Wyzwaliśmy, zapewne, i bić się nalezy.
Ale jechać dziś, skądześ Waszeć tak się zaciął?
Przed pojedynkiem zwyczaj jest posłać przyjacioł,
Układać się, wszak Hrabia moze nas przeprosić,
Deprekować; czekaj Waść, czasu jeszcze dosyć.
Chyba inny giez jaki Waści stąd wygania,
To gadaj szczerze, po co takie omawiania.
Jestem twoj stryj; choć stary, znam, co serce młode,
Byłem ci ojcem (mowiąc gładził go pod brodę),
Juz w ucho szepnął o tym mnie moj palec mały,
Że Waszeć masz tu jakieś z damami kabały.
Za katy, prędko teraz młodz do dam się bierze!
No, Tadeuszku, przyznaj mi się Waść, a szczerze”.

“Juzci, bąkał Tadeusz, prawda, są przyczyny
Inne, kochany Stryju! moze z mojej winy!
Omyłka! coz? nieszczęście! juz trudno naprawić!
Nie, drogi Stryju, dłuzej nie mogę tu bawić.
Błąd młodości! Stryjaszku, nie pytaj o więcej,
Ja muszę z Soplicowa wyjezdzać co prędzej”.
“Ho! rzekł stryj, pewnie jakieś miłośne zatargi!
Uwazałem, ze Waszeć wczora gryzłeś wargi
Poglądając spode łba na pewną dziewczynkę,
Widziałem, ze i ona miała kwaśną minkę.
Znam ja te wszystkie głupstwa; kiedy dzieci para
Kocha się, to tam u nich nieszczęść co niemiara!
To cieszą się, to znowu trapią się i smucą;
To znowu, Bog wie o co, do zębow się skłocą;
To stojąc w kątkach jakby mruki, nie gadają
Do siebie, czasem nawet w pole uciekają.
Jezeli na was raptus podobny napada,
Bądzcie tylko cierpliwi, juz jest na to rada;
Biorę na siebie wkrotce przywieść was do zgody.
Znam ja te wszystkie głupstwa, wszakze byłem młody
Powiedz mi Wasze wszystko; ja moze nawzajem
Coś odkryję, i tak się oba poprzyznajem”.

“Stryjaszku, rzekł Tadeusz (całując mu rękę
I rumieniąc się), powiem prawdę; tę panienkę,
Zosię, wychowanicę Stryja, podobałem
Bardzo, choć tylko parę razy ją widziałem;
A mowią, ze Stryj dla mnie za zonę przeznacza
Podkomorzankę, piękną i corkę bogacza.
Teraz nie mogłbym z panną Rozą się ozenić,
Kiedy kocham tę Zosię; trudno serce zmienić!
Nieuczciwie, zeniąc się z jedną, kochać drugą,
Czas moze mnie uleczy; wyjadę – na długo”.

“Tadeuszku! stryj przerwał; to mi dziwny sposob
Kochania się – uciekać od kochanych osob.
Dobrze, ześ szczery; widzisz, głupstwo byś wypłatał
Odjezdzając: a co Waść powiesz, gdybym swatał
Sam Waci Zosię? He? coz, nie skoczysz z radości?”
Tadeusz rzekł po chwili: “Dobroć Jegomości
Dziwi mnie! lecz coz? łaska Stryja Dobrodzieja
Nie przyda się juz na nic! Ach! prozna nadzieja!
Bo pani Telimena! nie odda mi Zosi!”
“Będziem prosić” rzekł Sędzia.
“Nikt jej nie uprosi,
Przerwał prędko Tadeusz, – nie, czekać nie mogę,
Stryjaszku, muszę prędko, jutro jechać w drogę,
Daj mi, tryjaszku, tylko twe błogosławienstwo,
Wszystko przygotowałem, jadę zaraz w Księstwo”.

Sędzia, wąs kręcąc, z gniewem na chłopca spozierał
“To Waść tak szczery? takeś mi serce otwierał?
Naprzod ow pojedynek! potem znowu miłość,
I ten wyjazd, oj, jest tu w tym jakaś zawiłość.
Juz mnie gadano, juzem kroki Waści badał!
Asan bałamut i trzpiot, Asan kłamstwa gadał.
A gdziez to Asan chodził onegdaj wieczorem,
Czego Asan jak wyzeł tropił pode dworem?
O Tadeuszku! jeśli moze Asan Zosię
Zbałamucił i teraz uciekasz? młokosie,
To się Waci nie uda; lubisz czy nie lubisz,
Zapowiadam Asanu, ze Zosię poślubisz.
A nie, to bizun – jutro staniesz na kobiercu.
I gada mnie o czuciach! o niezmiennym sercu!
Łgarz jesteś! pfe! ja z Waści, Panie Tadeuszu,
Zrobię śledztwo, ja Waści jeszcze natrę uszu!
Dziś dość miałem kłopotow! az mi głowa boli!
Ten mi jeszcze spokojnie zasnąć nie dozwoli!
Idz mi Waść spać!” To mowiąc drzwi na wściąz otwierał
I zawołał Woznego, zeby go rozbierał.
Tadeusz cicho wyszedł opuściwszy głowę,
Rozbierał w myśli przykrą ze stryjem rozmowę,
Pierwszy raz połajany tak ostro!… ocenił
Słuszność wyrzutow, sam się przed sobą rumienił.
Co począć? jeśli Zosia o wszystkim się dowie?
Prosić o rękę? a coz Telimena powie?
Nie, – czuł, ze nie mogł dłuzej zostać w Soplicowie.

Tak zadumany ledwie zrobił krokow parę,
Gdy mu coś drogę zaszło; spojrzał, widzi marę,
Całą w bieliznie, długą, wysmukłą i cienką,
Suwała się ku niemu z wyciągniętą ręką,
Od ktorej odbijał się drzący blask miesięczny,
I przystąpiwszy, cicho jęknęła: “Niewdzięczny!
Szukałeś wzroku mego, teraz go unikasz,
Szukałeś rozmow ze mną, dziś uszy zamykasz,
Jakby w słowach, we wzroku mym była trucizna!
Dobrze mi tak, wiedziałam, kto jesteś! – męzczyzna!
Nie znając kokieterii nie chciałam cię dręczyć,
Uszczęśliwiłam; takześ umiał mnie zawdzięczyć!
Tryumf nad miękkim sercem serce twe zatwardził,
Żeś je zdobył zbyt łacno, zbyt prędkoś nim wzgardził!
Dobrze mi tak! lecz straszną nauczona probą,
Wierz mi, iz więcej niz ty gardzę sama sobą!”

“Telimeno, Tadeusz rzekł, dalbog, nietwarde
Mam serce, ani ciebie unikam przez wzgardę,
Ale uwaz no sama, wszak nas widzą, śledzą,
Czyz mozna tak otwarcie? coz ludzie powiedzą?
Wszak to nieprzyzwoicie, to, dalbog, jest grzechem”.
“Grzechem! odpowiedziała mu z gorzkim uśmiechem
Niewiniątko! baranek! Ja, będąc kobietą,
Jeśli z miłości nie dbam, choćby mię odkryto,
Choćby mię osławiono; a ty! ty męzczyzna?
Coz szkodzi z was ktoremu, chociaz się i przyzna,
Że ma romans, z dziesięciu razem kochankami?
Mow prawdę: chcesz mnie rzucić!”. – Zalała się łzami.
“Telimeno, coz by świat mowił o człowieku,
Rzekł Tadeusz, ktory by teraz, w moim wieku,
Zdrow, zył na wsi, kochał się – kiedy tyle młodzi,
Tylu zonatych od zon, od dzieci uchodzi
Za granicę, pod znaki narodowe biezy?
Choćbym chciał zostać, czy to ode mnie zalezy?
Ojciec mnie testamentem kazał, abym słuzył
W wojsku polskim, teraz stryj ten rozkaz powtorzył:
Jutro jadę, zrobiłem juz postanowienie,
I dalbog, Telimeno, juz go nie odmienię”.
“Ja, rzekła Telimena, nie chcę ci zagradzać
Drogi do sławy, szczęściu twojemu przeszkadzać!
Jesteś męzczyzną, znajdziesz kochankę godniejszą
Serca twojego, znajdziesz bogatszą, piękniejszą!
Tylko dla mej pociechy, niech wiem przed rozstaniem,
Że twoja skłonność była prawdziwym kochaniem,
Że to nie był zart tylko, nie rozpusta płocha,
Lecz miłość; niech wiem, ze mnie moj Tadeusz kocha!
Niech słowo kocham jeszcze raz z ust twych usłyszę,
Niech je w sercu wyryję i w myśli zapiszę;
Przebaczę łacniej, chociaz przestaniesz mnie kochać,
Pomnąc, jakeś mnie kochał!” – I zaczęła szlochać.-

Tadeusz widząc, ze tak płacze i tak błaga
Czule, i tylko takiej drobnostki wymaga,
Wzruszył się, przejęły go szczery zal i litość,
I jezeliby badał serca swego skrytość,
Moze by się w tej chwili i sam nie dowiedział,
Czyli ją kochał, czy nie. – Więc zywo powiedział:
“Telimeno, bogdaj mnie jasny piorun ubił,
Jeśli nieprawda, zem cię, dalbog, bardzo lubił,
Czy kochał; krotkie z sobą spędziliśmy chwile,
Ale one mnie przeszły tak słodko, tak mile,
Że będą długo, zawsze myśli mej przytomne
I, dalibogze, nigdy ciebie nie zapomnę”.

Telimena skoczywszy padła mu na szyję:
“Tegom się spodziewała, kochasz mię, więc zyję!
Bo dzisiaj miałam dni me własną ręką skrocić;
Gdy mnie kochasz, moj drogi, czyz mozesz mnie rzucić?
Tobie oddałam serce, oddam ci majątek,
Pojdę za tobą wszędzie; kazdy świata kątek
Będzie mnie z tobą miły! z najdzikszej pustyni
Miłość, wierzaj mi, ogrod rozkoszy uczyni”.

Tadeusz, wydarłszy się z objęcia przemocą:
“Jak to? rzekł, czyś z rozumu obrana? gdzie? po co?
Jechać za mną? Ja, będąc sam prostym zołnierzem,
Włoczyć, czy markietankę?” – “To my się pobierzem”
Rzekła mu Telimena. – “Nie, nigdy! zawoła
Tadeusz, ja zenić się nie mam teraz zgoła
Zamiaru, ni kochać się – fraszki! dajmy pokoj!
Proszę cię, moja droga, rozmyśl się! uspokoj!
Ja jestem tobie wdzięczen, ale niepodobna
Żenić się, kochajmy się, ale tak – z osobna.
Zostać dłuzej nie mogę; nie, nie, jechać muszę,
Bądz zdrowa, Telimeno moja, jutro ruszę”.

Rzekł, nasuwał kapelusz, odwracał się bokiem
Chcąc iść; lecz go wstrzymała Telimena okiem
I twarzą, jak Meduzy głową; musiał zostać
Mimowolnie; poglądał z trwogą na jej postać,
Stała blada, bez ruchu, bez tchu i bez zycia!
Az wyciągając rękę jak miecz do przebicia,
Z palcem zmierzonym prosto w Tadeusza oczy:
“Tego chciałam, krzyknęła, ha, języku smoczy!
Serce jaszczurze! To nic, zem tobą zajęta
Wzgardziła Asesora, Hrabię i Rejenta,
Żeś mnie uwiodł i teraz porzucasz sierotę,
To nic! jesteś męzczyzną, znam waszą niecnotę,
Wiem, ze jak inni, tak ty mogłbyś wiarę złamać,
Lecz nie wiedziałam, ze tak podle umiesz kłamać!
Słuchałam pode drzwiami stryja! więc to dziecko?
Zosia wpadła ci w oko? i na nią zdradziecko
Dybiesz! Zaledwieś jedną nieszczęsną oszukał,
A juześ pod jej bokiem nowych ofiar szukał!
Uciekaj, lecz cię moje dościgną przeklęctwa –
Lub zostan, wydam światu twoje bezecenstwa;
Twe sztuki juz nie zwiodą innych, jak mnie zwiodły!
Precz! gardzę tobą! jesteś kłamca, człowiek podły!”

Na obelgę śmiertelną dla uszu szlachcica,
I ktorej zaden nigdy nie słyszał Soplica,
Zadrzał Tadeusz, twarz mu pobladła jak trupia,
Tupnąwszy nogą, usta przyciąwszy, rzekł: “Głupia”

Odszedł; lecz wyraz “podłość” echem się powtorzył
W sercu, wzdrygnął się młodzian, czuł, ze nan zasłuzył,
Czuł, ze wyrządził wielką krzywdę Telimenie,
Że go słusznie skarzyła, mowiło sumnienie;
Lecz czuł, ze po tych skargach tym mocniej ją zbrzydził;
O Zosi, ach! pomyśleć nie wazył się, wstydził.
Przeciez ta Zosia, taka piękna, taka miła!
Stryj swatał ją! moze by jego zoną była!
Gdyby nie szatan, co go plącząc w grzech za grzechem,
W kłamstwo za kłamstwem, wreszcie odstąpił z uśmiechem
Złajany, pogardzony od wszystkich! w dni parę
Zmarnował przyszłość! Uczuł słuszną zbrodni karę.

W tej burzy uczuć, jakby kotwica spoczynku,
Zabłysnęła mu nagle myśl o pojedynku;
“Zamordować Hrabiego! łotra! krzyknął w gniewie,
Zginąć albo zemścić się!” A za co? sam nie wie!
I ten gniew wielki, jak się zajął w mgnieniu oka,
Tak wywietrzał; znow zdjęła go załość głęboka.
Myślił: jeśli prawdziwe było postrzezenie,
Że Hrabia z Zosią jakieś ma porozumienie,
I coz stąd? moze Hrabia kocha Zosię szczerze,
Moze go ona kocha? za męza wybierze!
Jakimze prawem chciałbym zerwać to zamęście
I, sam nieszczęśnik, wszystkich mam zaburzać szczęście?

Wpadł w rozpacz i nie widział innego sposobu,
Chyba ucieczkę prędką; gdzie? chyba do grobu!

Więc kułak przycisnąwszy na schylonym czole,
Biegł ku łąkom, gdzie stawy błyszczały się w dole,
I stanął nad błotnistym; w zielonawe tonie
Łakomy wzrok utopił i błotniste wonie
Z rozkoszą ciągnął piersią, i otworzył usta
Ku nim; bo samobojstwo jak kazda rozpusta
Jest wymyślną; on w głowy szalonym zawrocie
Czuł niewymowny pociąg utopić się w błocie.

Lecz Telimena z dzikiej młodzienca postawy
Zgadując rozpacz, widząc, ze pobiegł nad stawy,
Chociaz ku niemu takim słusznym gniewem pała,
Przelękła się; w istocie dobre serce miała.
Żal jej było, ze inną śmiał Tadeusz lubić,
Chciała go skarać, ale nie myśliła zgubić;
Więc puściła się za nim, wznosząc ręce obie,
Krzycząc: “Stoj! głupstwo! kochaj czy nie! zen się sobie
Czy jedz! tylko stoj!” – Ale on juz szybkim biegiem
Wyprzedził ją daleko; juz – stanął nad brzegiem!

Dziwnym zrządzeniem losow, po tym samym brzegu
Jechał Hrabia, na czele dzokejow szeregu,
A zachwycony wdziękiem nocy tak pogodnej
I harmoniją cudną orkiestry podwodnej,
Owych chorow, co brzmiały jak arfy eolskie
(Żadne zaby nie grają tak pięknie jak polskie),
Wstrzymał konia i o swej zapomniał wyprawie,
Zwrocił ucho do stawu i słuchał ciekawie.
Oczy wodził po polach, po niebios obszarze
Pewnie układał w myśli nocne peizaze.

Zaiste, okolica była malownicza!
Dwa stawy pochyliły ku sobie oblicza
Jako para kochankow; prawy staw miał wody
Gładkie i czyste jako dziewicze jagody;
Lewy ciemniejszy nieco, jako twarz młodziana
Smagława, i juz męskim puchem osypana.
Prawy złocistym piaskiem połyskał się wkoło
Jak gdyby włosem jasnym; a lewego czoło
Najezone łozami, wierzbami czubate;
Oba stawy ubrane w zieloności szatę.

Z nich dwa strugi, jak ręce związane pospołu,
Ściskają się; strug dalej upada do dołu;
Upada, lecz nie ginie, bo w rowu ciemnotę
Unosi na swych falach księzyca pozłotę;
Woda warstami spada, a na kazdej warście
Połyskają się blasku miesięcznego garście,
Światło w rowie na drobne drzazgi się roztrąca,
Chwyta je i w głąb niesie ton uciekająca,
A z gory znow garściami spada blask miesiąca.
Myślałbyś, ze u stawu siedzi Świtezianka,
Jedną ręką zdroj leje z bezdennego dzbanka,
A drugą ręką w wodę dla zabawki miota
Brane z fartuszka garście zaklętego złota.

Dalej, z rowu wybiegłszy, strumien na rowninie
Rozkręca się, ucisza, lecz widać, ze płynie,
Bo na jego ruchomej, drgającej powłoce
Wzdłuz miesięczne światełko drgające migoce.
Jako piękny wąz zmudzki, zwany giwojtosem,
Chociaz zdaje się drzemać leząc między wrzosem,
Pełznie, bo na przemiany srebrzy się i złoci,
Az nagle zniknie z oczu we mchu lub paproci:
Tak strumien kręcący się chował się w olszynach,
Ktore na widnokręgu czerniały konczynach,
Wznosząc swe kształty lekkie, niewyrazne oku,
Jak duchy na wpoł widne, na poły w obłoku.

Między stawami w rowie młyn ukryty siedzi;
Jako stary opiekun, co kochankow śledzi,
Podsłuchał ich rozmowę, gniewa się, szamoce,
Trzęsie głową, rękami, i grozby bełkoce:
Tak ow młyn nagle zatrząsł mchem obrosłe czoło
I palczastą swą pięścią wykręcając wkoło,
Ledwo kleknął i szczęki zębowate ruszył,
Zaraz miłośną stawow rozmowę zagłuszył
I zbudził Hrabię.
Hrabia widząc, ze tak blisko
Tadeusz naszedł jego zbrojne stanowisko,
Krzyczy: “Do broni! łapaj!” Skoczyli dzokeje;
Nim Tadeusz rozeznać mogł, co się z nim dzieje,
Juz go chwycili; biegą do dworu, w podworze
Wpadają; dwor budzi się, psy w hałas, w krzyk stroze
Wyskoczył wpoł ubrany Sędzia; widzi zgraję
Zbrojną, myśli, ze zbojcy, az Hrabię poznaje.
“Co to jest?” pyta. Hrabia szpadą nad nim mignął,

Lecz widząc bezbronnego w zapale ostygnął.
“Soplico! rzekł, odwieczny wrogu mej rodziny,
Dziś skarzę cię za dawne i za świeze winy,
Dziś zdasz mi sprawę z mojej fortuny zaboru,
Nim pomszczę się obelgi mojego honoru!”
Lecz Sędzia zegnając się krzyknął: “W imię Ojca
I Syna! tfu! Mospanie Hrabia, czy Waść zbojca?
Przebog! czy to się zgadza z Pana urodzeniem
Wychowaniem i z Pana na świecie znaczeniem?
Nie pozwolę skrzywdzić się!” – Wtem Sędziego słudzy
Biegli, jedni z kijami, ze strzelbami drudzy;
Wojski stojąc z daleka poglądał ciekawie
W oczy panu Hrabiemu, a noz miał w rękawie.

Juz mieli zacząć bitwę, lecz Sędzia przeszkodził;
Prozno było bronić się, nowy wrog nadchodził:
Postrzezono w olszynie blask, wystrzał rusznicy!
Most na rzece zahuczał tętentem konnicy
I “Hajze na Soplicę!” tysiąc głosow wrzasło:
Wzdrygnął się Sędzia, poznał Gerwazego hasło;
“Nic to, zawołał Hrabia, będzie tu nas więcej,
Poddaj się, Sędzio, to są moi sprzymierzency”.
Wtem Asesor nadbiegał krzycząc: “Areszt kładę
W imię Imperatorskiej Mości; oddaj szpadę,
Panie Hrabio, bo wezwę wojskowej pomocy!
A wiesz Pan, ze kto zbrojnie śmie napadać w nocy,
Zastrzezono tysiącznym dwochsetnym ukazem,
Że jak zło…” Wtem go Hrabia w twarz uderzył płazem
Padł zgłuszony Asesor i skrył się w pokrzywy;
Wszyscy myśleli, ze był ranny lub niezywy.

“Widzę, rzekł Sędzia, ze się na rozboj zanosi”.
Jęknęli wszyscy; wszystkich zagłuszył wrzask Zosi,
Ktora krzyczała, Sędzię objąwszy rękami,
Jako dziecko od Żydow kłute igiełkami.

Tymczasem Telimena wpadła między konie,
Wyciągnęła ku Hrabi załamane dłonie:
“Na twoj honor!” krzyknęła przerazliwym głosem,
Z głową w tył wychyloną, z rozpuszczonym włosem,
“Przez wszystko, co jest świętym, na klęczkach błagamy
Hrabio, śmieszze odmowić? proszą ciebie damy;
Okrutniku, nas pierwej musisz zamordować!”
Padła zemdlona. – Hrabia skoczył ją ratować,
Zadziwiony i nieco zmieszany tą sceną.
“Panno Zofijo, rzecze, Pani Telimeno!
Nigdy się krwią bezbronnych ta szpada nie splami;
Soplicowie! jesteście moimi więzniami.
Tak zrobiłem we Włoszech, kiedy pod opoką,
Ktorą Sycylijanie zwą Birbante-rokką,
Zdobyłem tabor zbojcow; zbrojnych mordowałem,
Rozbrojonych zabrałem i związać kazałem:
Szli za konmi i tryumf moj zdobili świetny,
Potem ich powieszono u podnoza Etny”.
Było to osobliwe szczęście dla Soplicow,
Że Hrabia, mając lepsze konie od szlachcicow
I chcąc spotkać się pierwszy, zostawił ich w tyle
I biegł przed resztą jazdy, przynajmniej o milę,
Ze swym dzokejstwem, ktore, posłuszne i karne,
Stanowiło niejako wojsko regularne;
Gdy inna szlachta była, zwyczajem powstania,
Burzliwa i niezmiernie skora do wieszania.

Hrabia miał czas ostygnąć z zapału i gniewu,
Przemyślał, jak by skonczyć boj bez krwi rozlewu;
Więc rodzinę Soplicow w domu zamknąć kaze
Jako więzniow wojennych; u drzwi stawi straze.

Wtem “Hajze na Soplicow!” wpada szlachta hurmem,
Obstępuje dwor wkoło i bierze go szturmem,
Tym łacniej, ze wodz wzięty i pierzchła załoga;
Lecz zdobywcy chcą bić się, wyszukują wroga.
Do domu nie wpuszczeni, biegą do folwarku,
Do kuchni. – Gdy do kuchni weszli, widok garkow,
Ogien ledwie zagasły, potraw zapach świezy,
Chrupanie psow gryzących ostatki wieczerzy,
Chwyta wszystkich za serca, myśl wszystkich odmienia,
Studzi gniewy, zapala potrzebę jedzenia.
Marszem i całodziennym znuzeni sejmikiem,
“Jeść! jeść!” – po trzykroć zgodnym wezwali okrzykiem
Odpowiedziano: “Pić! pić!” Między szlachty zgrają
Stają dwa chory: ci pić, a ci jeść wołają;
Odgłos leci echami, gdzie tylko dochodzi,
Wzbudza oskomę w ustach, głod w zołądkach rodzi.
I tak na dane z kuchni hasło, niespodzianie
Rozeszła się armija na furazowanie.
Gerwazy, od pokojow Sędziego odparty,
Ustąpić musiał przez wzgląd dla hrabiowskiej warty.
Więc nie mogąc zemścić się na nieprzyjacielu,
Myślił o drugim wielkim tej wyprawy celu.
Jako człek doświadczony i biegły w prawnictwie,
Chce Hrabiego osadzić na nowym dziedzictwie
Legalnie i formalnie; więc za Woznym biega,
Az go po długich śledztwach za piecem dostrzega,
Wnet porywa za kołnierz, na dziedziniec wlecze
I zmierzywszy mu w piersi Scyzoryk, tak rzecze:
“Panie Wozny, pan Hrabia śmie Waćpana prosić,
Abyś raczył przed szlachtą bracią wnet ogłosić
Intromisyją Hrabi do zamku, do dworu
Soplicow, do wsi, gruntow zasianych, ugoru,
Słowem cum gais, boris et graniciebus,
Kmetonibus, scultetis et omnibus rebus
Et quibusdam aliis. Jak tam wiesz, tak szczekaj,
Nic nie opuszczaj!” – “Panie Kluczniku, zaczekaj,
Rzekł śmiało, ręce za pas włozywszy Protazy,
Gotow jestem wypełniać wszelkie stron rozkazy,
Ale ostrzegam, ze akt nie będzie miał mocy,
Wymuszony przez gwałty, ogłoszony w nocy”.
“Co za gwałty, rzekł Klucznik, tu nie ma napaści,
Wszak proszę Pana grzecznie; jeśli ciemno Waści,
To Scyzorykiem skrzesam ognia, ze Waszeci
Zaraz w ślepiach jak w siedmiu kościołach zaświeci”.

“Gerwazenku, rzekł Wozny, po co się tak dąsać?
Jestem wozny, nie moja rzecz sprawę roztrząsać;
Wszak wiadomo, ze strona woznego zaprasza
I dyktuje mu co chce, a wozny ogłasza.
Wozny jest posłem prawa, a posłow nie karzą,
Nie wiem tedy, za co mnie trzymacie pod strazą;
Wnet akt spiszę, niech mi kto latarkę przyniesie,
A tymczasem ogłaszam: Bracia, uciszcie się!”

I by donośniej mowić, wstąpił na stos wielki
Belek (pod płotem sadu suszyły się belki),
Wlazł na nie, i zarazem jakby go wiatr zdmuchnął,
Zniknął z oczu; słyszano, jak w kapustę buchnął;
Widziano, po konopiach ciemnych jego biała
Konfederatka niby gołąb przeleciała.
Konewka strzelił w czapkę, ale chybił celu;
Wtem zatrzeszczały tyki, juz Protazy w chmielu,
“Protestuję!” zawołał; pewny był ucieczki,
Bo za sobą miał łozę i bagniska rzeczki.

Po tej protestacyi, ktora się ozwała
Jak na zdobytych wałach ostatni strzał działa,
Ustał juz wszelki opor w Soplicowskim dworze;
Szlachta głodna plądruje, zabiera co moze.
Kropiciel, stanowisko zająwszy w oborze,
Jednego wołu i dwa cielce w łby zakropił,
A Brzytewka im szablę w gardzielach utopił,
Szydełko rownie czynnie uzywał swej szpadki,
Kabany i prosięta koląc pod łopatki.
Juz rzez zagraza ptastwu, – czujne gęsi stado,
Co niegdyś ocaliło Rzym przed Galow zdradą,
Darmo gęga o pomoc; zamiast Manlijusza
Wpada w kotuch Konewka, jedne ptaki zdusza,
A drugie zywcem wiąze do pasa kontusza.
Prozno gęsi szyjami wywijając chrypią,
Prozno gęsiory sycząc napastnika szczypią.
On biezy; osypany iskrzącym się puchem,
Unoszony jak kołmi gęsich skrzydeł ruchem,
Zdaje się być chochlikiem, skrzydlatym złym duchem.
Ale rzez najstraszniejsza, chociaz najmniej krzyku,
Między kurami. Młody Sak wpadł do kurniku
I z długiego biczyska porobiwszy petle,
Drzemiące ptastwo śledzi przy latarki świetle,
I z drabinek, stryczkami łowiąc, ciągnie z gory
Kogutki i szurpate, i czubate kury,
Jedne po drugich dusi i składa do kupy,
Ptastwo piękne, karmione perłowymi krupy.
Niebaczny Saku, jakiz zapał cię unosi!
Nigdy juz odtąd gniewnej nie przebłagasz Zosi.

Gerwazy przypomina starodawne czasy:
Kaze sobie podawać od kontuszow pasy
I nimi z Soplicowskiej piwnicy dobywa
Beczki starej siwuchy, dębniaku i piwa.
Jedne wnet odgwozdzono, a drugie ochoczo
Szlachta, gęsta jak mrowie, porywają, toczą
Do zamku; tam na nocleg cały tłum się zbiera,
Tam załozona głowna Hrabiego kwatera.

Nakładają sto ognisk, warzą, skwarzą, pieką,
Gną się stoły pod mięsem, trunek płynie rzeką;
Chce szlachta noc tę przepić, przejeść i prześpiewać.-
Lecz powoli zaczęli drzemać i poziewać,
Oko gaśnie za okiem, i cała gromada
Kiwa głowami, kazdy, gdzie siedział, tam pada:
Ten z misą, ten nad kuflem, ten przy wołu ćwierci.
Tak zwycięzcow zwycięzył w koncu sen, brat śmierci.


Pan Tadeusz – Księga osma: Zajazd - ADAM MICKIEWICZ