Українська та зарубіжна поезія

Вірші на українській мові



Pan Tadeusz – Księga szosta: Zaścianek



Pierwsze ruchy wojenne zajazdu.
Wyprawa Protazego.
Robak z panem Sędzią radzą o rzeczy publicznej.
Dalszy ciąg wyprawy Protazego, bezskutecznej.
Ustęp o konopiach.
Zaścianek szlachecki Dobrzyn.
Opisanie domostwa i osoby Maćka Dobrzynskiego.

Nieznacznie z wilgotnego wykradał się mroku
Świt bez rumienca, wiodąc dzien bez światła w oku.
Dawno wszedł dzien, a jeszcze ledwie jest widomy.
Mgła wisiała nad ziemią, jak strzecha ze słomy
Nad ubogą Litwina chatką; w stronie wschodu
Widać z bielszego nieco na niebie obwodu,
Że słonce wstało, tędy ma zstąpić na ziemię,
Lecz idzie niewesoło i po drodze drzemie.

Za przykładem niebieskim wszystko się spozniło
Na ziemi; bydło pozno na paszę ruszyło
I zdybało zające przy poznym śniadaniu;
One zwykły do gajow wracać o świtaniu,
Dziś, okryte tumanem, te mokrzycę chrupią,
Te jamki w roli kopiąc, parami się kupią
I na wolnym powietrzu myślą uzyć wczasu;
Ale przed bydłem muszą powracać do lasu.

I w lasach cisza. Ptaszek zbudzony nie śpiewa,
Otrząsnął pierze z rosy, tuli się do drzewa,
Głowę wciska w ramiona, oczy znowu mruzy
I czeka słonca. Kędyś u brzegow kałuzy
Klekce bocian; na kopach siedzą wrony zmokłe,
Rozdziawiwszy się ciągną gawędy rozwlokłe,
Obrzydłe gospodarzom jako wrozby słoty.
Gospodarze juz dawno wyszli do roboty.

Juz zaczęły zniwiarki swą piosnkę zwyczajną,
Jak dzien słotny ponurą, tęskną, jednostajną,
Tym smutniejszą, ze dzwięk jej w mgłę bez echa wsiąka;
Chrząsnęły sierpy w zbozu, ozwała się łąka,
Rząd kosiarzy otawę siekących wciąz brząka
Pogwizdując piosenkę; z koncem kazdej zwrotki
Stają, ostrzą zelezca i w takt kują w młotki.
Ludzi we mgle nie widać, tylko sierpy, kosy
I pieśni brzmią, jak muzyk niewidzialnych głosy.

W środku na snopie zboza Ekonom usiadłszy,
Nudzi się, kręci głową, roboty nie patrzy,
Pogląda na gościniec, na drogi rozstajne,
Kędy działy się jakieś rzeczy nadzwyczajne.

Na gościncu i drogach od samego ranka
Panuje ruch niezwykły; stąd chłopska furmanka
Skrzypi, lecąc jak poczta, stąd szlachecka bryka
Czwałem tarkocze, drugą i trzecią spotyka;
Z lewej drogi posłaniec jak kuryjer goni,
Z prawej przebiegło w zawod kilkanaście koni,
Wszyscy śpieszą, ku roznym kierują się stronom;
Co to ma znaczyć? Powstał ze snopa Ekonom,
Chciał przypatrzyć się, spytać; długo stał nad drogą,
Daremnie wołał, nie mogł zatrzymać nikogo
Ni poznać we mgle. Jezdni migają jak duchy,
Tylko słychać raz po raz tętent kopyt głuchy
I, co dziwniejsza jeszcze, szczękanie pałaszy:
Bardzo to Ekonoma i cieszy, i straszy.
Bo choć na Litwie było naonczas spokojnie,
Dawno juz wieści głuche biegały o wojnie,
O Francuzach, Dąbrowskim, o Napoleonie.
Miałyzby wojnę wrozyć ci jezdzcy? te bronie?
Ekonom pobiegł wszystko Sędziemu powiedzieć,
Spodziewając się i sam czegoś się dowiedzieć.

W Soplicowie domowi i goście, po kłotni
Wczorajszej, wstali z siebie nieradzi i smutni.
Prozno Wojszczanka damy na kabałę sprasza,
Męzczyznom prozno karty dają do mariasza:
Nie chcą bawić się ni grać, siedzą cicho w kątkach,
Męzczyzni palą lulki, kobiety przy prątkach;
Nawet śpią muchy.

Wojski, rzuciwszy łopatkę,
Znudzony ciszą, idzie pomiędzy czeladkę.
Woli w kuchennej słuchać ochmistrzyni krzykow,
Grozb i razow kucharza, hałasu kuchcikow;
Az go powoli wprawił w przyjemne marzenie
Ruch jednostajny roznow kręcących pieczenie.

Sędzia od rana pisał zamknąwszy się w izbie,
Wozny od rana czekał pod oknem na przyzbie;
Sędzia skonczywszy pozew Protazego wzywa,
Skargę przeciw Hrabiemu głośno odczytywa:
O skrzywdzenie honoru, zelzywe wyrazy,
Zaś przeciw Gerwazemu o gwałty i razy;
Obydwu o przechwałki, o koszta z powodu
Procesu, ciągnie w rejestr taktowy do grodu.
Pozew dziś trzeba wręczyć ustnie, oczewisto,
Nim zajdzie słonce. Wozny z miną uroczystą
Wyciągnął słuch i rękę, skoro pozew zoczył;
Stał powaznie, a rad by z radości podskoczył.
Na samą myśl procesu czuł, ze się odmłodził:
Wspomniał na dawne lata, gdy z pozwami chodził
Po guzy, ale razem po zapłaty hojne.
Tak zołnierz, ktory strawił zycie tocząc wojnę,
A na starość w szpitalach spoczywa kaleki:
Skoro usłyszy trąbę lub bęben daleki,
Chwyta się z łoza, krzyczy przez sen: “Bij Moskala!”
I na drewnianej nodze skacze ze szpitala
Tak prędko, ze go ledwie moze złowić młodziez.

Protazy śpieszył włozyć swą woznienską odziez:
Przeciez zupana ani kontusza nie kładzie,
One słuzą ku wielkiej sądowej paradzie;
Na podroz ma stroj inny; szerokie rajtuzy
I kurtę, ktorej poły podpięte na guzy
Mozna zakasać albo spuścić na kolana;
Czapka z uszami, sznurkiem u wierzchu związana,
Wznosi się na pogodę, spuszcza się przed słotą.
Tak ubrany, wziął pałkę i ruszył piechotą.
Bo wozni przed procesem, jak szpiegi przed bojem,
Muszą kryć się pod rozną postacią i strojem.

Dobrze zrobił Protazy, ze w drogę pośpieszył,
Bo niedługo by swoim pozwem się nacieszył.
W Soplicowie zmieniano kampaniji plany,
Do Sędziego wpadł nagle Robak zadumany
I rzekł: “Sędzio, to bieda nam z tą panią ciotką,
Z tą panią Telimeną, kokietką i trzpiotką.
Kiedy Zosia została dzieckiem w biednym stanie,
Jacek ją Telimenie dał na wychowanie,
Słysząc, ze jest osoba dobra, świat znająca,
A postrzegam, ze ona coś tu nam zamąca,
Intryguje i pono Tadeuszka wabi;
Śledzę ją; albo moze bierze się do Hrabi,
Moze do obu razem: obmyślmy więc środki,
Jak się jej pozbyć, bo stąd mogą urość plotki,
Zły przykład i pomiędzy młokosami zwady,
Ktore mogą pomieszać twe prawne układy”.
“Układy? krzyknął Sędzia z niezwykłym zapałem,
Z układow kwita, juz je skonczyłem, zerwałem”.
“A to co? przerwał Robak, gdzie rozum, gdzie głowa?
Co tu mi Wasze bajasz, jaka burda nowa?”
“Nie z mej winy, rzekł Sędzia, proces to wyjaśni:
Hrabia pyszałek, głupiec, był przyczyną waśni,
I Gerwazy łotr; lecz to do sądu nalezy.
Szkoda, ześ nie był, Księze, w zamku na wieczerzy,
Poświadczyłbyś, jak Hrabia srodze mnie obraził”.
“Po coś Waść, krzyknął Robak, do tych ruin łaził?
Wiesz, jak zamku nie cierpię; odtąd moja noga
Tam nie postanie. Znowu kłotnia! kara Boga!
Jakze tam było? powiedz; trzeba tę rzecz zatrzeć,
Juz mnie znudziło wreszcie na tyle głupstw patrzeć,
Wazniejsze ja mam sprawy niz godzić pieniaczy,
Ale jeszcze raz zgodzę”. – “Zgodzić? Coz to znaczy!
A idzze mi Waść wreszcie z tą zgodą do licha!
Przerwał Sędzia tupnąwszy nogą, patrzcie mnicha!
Że go przyjmuję grzecznie, chce mnie za nos wodzić.
Wiedz Wasze, ze Soplice nie zwykli się godzić;
Gdy pozwą, muszą wygrać: nieraz w ich imieniu
Trwał proces, az wygrali w szostym pokoleniu.
Dosyć zrobiłem głupstwa z porady Waszeci,
Zwołując podkomorskie sądy po raz trzeci.
Od dzisiaj nie ma zgody; nie ma, nie ma, nie ma!
(I krzycząc chodził, tupał nogami obiema).
Procz tego za wczorajszy niegrzeczny uczynek
Musi mnie deprekować, albo pojedynek!”
“Ale, Sędzio, coz będzie, jak się Jacek dowie?
Wszak on umrze z rozpaczy! Czyliz Soplicowie
Nie nabroili jeszcze w tym zamku dość złego!
Bracie! wspominać nie chcę wypadku strasznego.
Wiesz takze, ze część gruntow od zamku dziedzica
Zabrała i Soplicom dała Targowica.
Jacek za grzech załując musiał był ślubować
Pod absolucją dobra te restytuować.
Wziął więc Zosię, Horeszkow dziedziczkę ubogą,
Hodować, wychowanie jej opłacał drogo.
Chciał ją Tadeuszkowi swojemu wyswatać
I tak dwa poroznione domy znowu zbratać,
I dziedziczce bez wstydu ustąpić grabiezy”.
“Lecz coz to? krzyknął Sędzia, co do mnie nalezy?
Ja się nie znałem, nawet nie widziałem z Jackiem;
Ledwiem słyszał o jego zyciu hajdamackiem,
Siedząc wtenczas retorem w jezuickiej szkole,
Potem u wojewody słuząc za pacholę.
Dano mi dobra, wziąłem; kazał przyjąć Zosię,
Przyjąłem, hodowałem, myślę o jej losie:
Dość mnie nudzi ta cała historyja babia!
A potem czegoz jeszcze wlazł mi tu ten Hrabia?
Z jakim prawem do zamku? Wszak wiesz, przyjacielu,
On Horeszkom dziesiąta woda na kisielu!
I ma mnie lzyć? a ja go zapraszać do zgody!”
“Bracie! rzekł Ksiądz, wazne są do tego powody.
Pamiętasz, ze Jacek chciał do wojska słać syna,
Potem w Litwie zostawił: coz w tym za przyczyna?
Oto w domu Ojczyznie potrzebniejszy będzie.
Słyszałeś pewnie, o czym juz gadają wszędzie,
O czym ja wiadomostki przynosiłem nieraz:
Teraz czas juz powiedzieć wszystko, czas juz teraz!
Wazne rzeczy, moj bracie! Wojna tuz nad nami!
Wojna o Polskę! bracie! Będziem Polakami!
Wojna niechybna! Kiedy z poselstwem tajemnem
Tu biegłem, wojsk forpoczty juz stały nad Niemnem;
Napoleon juz zbiera armiję ogromną,
Jakiej człowiek nie widział i dzieje nie pomną;
Obok Francuzow ciągnie polskie wojsko całe,
Nasz Jozef, nasz Dąbrowski, nasze orły białe!
Juz są w drodze, na pierwszy znak Napoleona
Przejdą Niemen i – bracie! Ojczyzna wskrzeszona!”

Sędzia słuchając, z wolna okulary składał
I wpatrując się mocno w Księdza, nic nie gadał,
Westchnął głęboko, w oczach łzy się zakręciły…
Wreszcie porwał za szyję Księdza z całej siły:
“Moj Robaku! wołając, czy to tylko prawda?
Moj Robaku! powtarzał, czy to tylko prawda?
Ilez razy zwodzono! Pamiętasz? gadali:
Napoleon juz idzie! i my juz czekali!
Gadano: juz w Koronie, juz Prusaka pobił,
Wkracza do nas! A on! co? Pokoj w Tylzy zrobił!
Czy tylko prawda? Czy ty nie zwodzisz sam siebie?”
“Prawda, zawołał Robak, jak Pan Bog na niebie!”
“Błogosławionez niechaj będą usta, ktore
To zwiastują! rzekł Sędzia wznosząc ręce w gorę.
Nie pozałujesz twego poselstwa, Robaku,
Nie pozałuje klasztor; dwieście owiec z braku
Daję na klasztor. Księze, tyś się wczora palił
Do mojego kasztanka i gniadosza chwalił,
Dziś zaraz w twym kwestarskim wozie pojdą oba;
Dziś proś mnie, o co zechcesz, co ci się podoba,
Nie odmowię! Lecz o tym interesie całym
Z Hrabią, daj pokoj; skrzywdził mnie, juz zapozwałem,
Czyz wypada?”
Załamał ręce Ksiądz zdziwiony.
Wlepiwszy oczy w Sędzię, ruszywszy ramiony,
Rzekł: “To gdy Napoleon wolność Litwie niesie,
Gdy świat drzy cały, to ty myślisz o procesie?
I jeszczez po tym wszystkim, com tobie powiedział,
Będziesz spokojnie, ręce załozywszy, siedział,
Gdy działać trzeba!” – “Działać? Coz?” Sędzia zapytał.
“Jeszcześ, rzekł Robak, z oczu moich nie wyczytał?
Jeszcze serce nic tobie nie gada? Ach, bracie!
Jeśli Soplicowskiej krwi kroplę w zyłach macie,
Uwaz tylko: Francuzi uderzają z przodu,
A gdyby z tyłu zrobić powstanie narodu?
Co myślisz? Niech no Pogon zarzy, niech na Żmudzi
Niedzwiedz ryknie! Ach, gdyby jakie tysiąc ludzi,
Gdyby choć pięćset z tyłu na Moskwę natarło,
Powstanie jako pozar wkoło rozpostarło,
Gdybyśmy my, nabrawszy Moskwie harmat, znakow
Zwycięscy szli powitać wybawcow rodakow?
Ciągniemy! Napoleon, widząc nasze lance,
Pyta, co to za wojsko, my krzyczym: “Powstance,
Najjaśniejszy Cesarzu! Litwa ochotnicy!”
Pyta: pod czyją wodzą? – “Sędziego Soplicy! ”
Ach, ktoz by potem pisnąć śmiał o Targowicy?
Bracie, poki Ponarom stać, Niemnowi płynąć,
Poty w Litwie Soplicow imieniowi słynąć;
Wnukow, prawnukow będzie Jagiełłow stolica
Wskazywać palcem, mowiąc: Oto jest Soplica,
Z tych Soplicow, co pierwsi zrobili powstanie!”

A na to Sędzia: “Mniejsza o ludzkie gadanie,
Nigdy nie dbałem bardzo o pochwały świata,
Bog świadkiem, zem nie winien grzechow mego brata,
W politykę jam nigdy bardzo się nie wdawał,
Urzędując i orząc mojej ziemi kawał.
Lecz jestem szlachcic, rad bym plamę domu zmazać;
Jestem Polak, dla kraju rad bym coś dokazać,
Choć duszę oddać. W szable nie byłem zbyt tęgi,
Wszakze bierali ludzie i ode mnie cięgi;
Wie świat, ze w czasie polskich ostatnich sejmikow
Wyzwałem i zraniłem dwoch braci Buzwikow,
Ktorzy… Ale to mniejsza. Jakze Wasze myśli?
Czy potrzeba, zebyśmy zaraz w pole wyszli?
Strzelcow zebrać, rzecz łatwa; prochu mam dostatek,
W plebaniji u księdza jest kilka armatek;
Przypominam, ze Jankiel mowił, iz u siebie
Ma groty do lanc, ze je mogę wziąć w potrzebie;
Te groty przywiozł w pakach gotowych z Krolewca
Pod sekretem; wezmiem je, zaraz zrobim drzewca,
Szabel nam nie zabraknie, szlachta na kon wsiędzie,
Ja z synowcem na czele, i – jakoś to będzie!”

“O polska krwi! ” zawołał Bernardyn wzruszony,
Z otwartymi skoczywszy na Sędzię ramiony,
“Prawe dziecię Soplicow! Tobie Bog przeznacza
Oczyścić grzechy brata twojego tułacza;
Zawszem ciebie szanował, ale od tej chwili
Kocham cię, jak gdybyśmy bracią sobie byli.
Przygotujemy wszystko, lecz wyjść nie czas jeszcze,
Ja sam wyznaczę miejsce i czas wam obwieszczę.
Wiem, ze car wysłał goncow do Napoleona
Prosić o pokoj; wojna nie jest ogłoszona;
Lecz ksiązę Jozef słyszał od pana Biniona,
Francuza, co nalezy do cesarskiej rady,
Że się na niczym skonczą wszystkie te układy,
Że będzie wojna. Ksiązę wysłał mnie na wzwiady,
Z rozkazem, zeby byli Litwini gotowi
Dowieść przychodzącemu Napoleonowi,
Że chcą złączyć się znowu z siostrą swą, Koroną,
I ządając, azeby Polskę przywrocono.
Tymczasem, bracie, z Hrabią trzeba przyjść do zgody;
Jest to dziwak, fantastyk trochę, ale młody,
Poczciwy, dobry Polak; potrzebny nam taki,
W rewolucyjach bardzo potrzebne dziwaki,
Wiem z doświadczenia; nawet głupi się przydadzą,
Byle tylko poczciwi i pod mądrych władzą.
Hrabia pan, ma u szlachty wielkie zachowanie,
Cały powiat ruszy się, jeśli on powstanie;
Znając jego majątek kazdy szlachcic powie:
Musi to być rzecz pewna, gdy z nią są panowie.
Biegę do niego zaraz”. – “Niech się pierwszy zgłosi,
Rzekł Sędzia, niech przyjedzie tu, mnie niech przeprosi,
Wszak jestem starszy wiekiem, jestem na urzędzie!
Co się tycze procesu, sąd arbitrow będzie…”
Bernardyn trzasnął drzwiami. – “No, szczęśliwa droga!”
Rzekł Sędzia.
Ksiądz wpadł w powoz stojący u proga,
Tnie biczem konie, łechce lejcami po bokach;
Furknęła kałamaszka, ginie w mgły obłokach,
Tylko kiedy niekiedy kaptur mnicha bury
Wznosi się nad tumany jako sęp nad chmury.

Wozny juz dawniej wyszedł ku domowi Hrabi.
Jak lis bywalec, gdy go won słoniny wabi,
Biezy ku niej, a strzelcow zna fortele skryte,
Biezy, staje, przysiada coraz, wznosi kitę
I wiatr nią jak wachlarzem ku swym nozdrzom tuli,
Pyta wiatru, czy strzelcy jadła nie zatruli:
Protazy zeszedł z drogi i wzdłuz sianozęci
Krązy około domu; pałkę w ręku kręci,
Udaje, ze obaczył kędyś bydło w szkodzie,
Tak zręcznie lawirując stanął przy ogrodzie;
Schylił się, biezy, rzekłbyś, iz derkacza tropi,
Az nagle skoczył przez płot i wpadł do konopi.

W tej zielonej, pachnącej i gęstej krzewinie,
Koło domu, jest pewny przytułek zwierzynie
I ludziom. Nieraz zając zdybany w kapuście
Skacze skryć się w konopiach bezpieczniej niz w chruście,
Bo go dla gęstwy ziela ani chart nie zgoni,
Ani ogar wywietrzy dla zbyt tęgiej woni.
W konopiach człowiek dworski, uchodząc kanczuka
Lub pięści, siedzi cicho, az się pan wyfuka.
I nawet często zbiegli od rekruta chłopi,
Gdy ich rząd śledzi w lasach, siedzą środ konopi.
I stąd w czasie bitew, zajazdow, tradowan
Obie strony nie szczędzą wielkich usiłowan,
Azeby stanowisko zająć konopiane,
Ktore z przodu ciągnie się az pod dworską ścianę,
A z tyłu, pospolicie stykając się z chmielem,
Kryje atak i odwrot przed nieprzyjacielem.

Protazy, choć człek śmiały, uczuł nieco strachu,
Bo przypomniał z samego rośliny zapachu
Rozne swoje dawniejsze woznienskie przypadki,
Jedne po drugich, biorąc konopie na świadki;
Jako raz zapozwany szlachcic z Telsz, Dzindolet,
Rozkazał mu, oparłszy o piersi pistolet,
Wlezć pod stoł i ow pozew psim głosem odszczekać,
Że Wozny musiał co tchu w konopie uciekać.
Jak pozniej Wołodkowicz, pan dumny, zuchwały,
Co rozpędzał sejmiki, gwałcił trybunały,
Przyjąwszy urzędowy pozew, zdarł na sztuki
I postawiwszy przy drzwiach z kijami hajduki,
Sam nad Woznego głową trzymał goły rapier
Krzycząc: “Albo cię zetnę, albo zjedz twoj papier!”
Wozny niby jeść zaczął, jak człowiek roztropny,
Az skradłszy się do okna wpadł w ogrod konopny.

Wprawdzie juz wtenczas w Litwie nie było zwyczajem
Opędzać się od pozwow szablą lub nahajem,
I ledwie wozny czasem usłyszał łajanie:
Ale Protazy o tej obyczajow zmianie
Wiedzieć nie mogł, bo dawno juz pozwow nie naszał.
Choć zawsze gotow, choć się Sędziemu sam wpraszał,
Sędzia dotąd, przez winny wzgląd na lata stare,
Odmawiał jego prośbom; dziś przyjął ofiarę
Dla naglącej potrzeby.
Wozny patrzy, czuwa –
Cicho wszędzie – w konopie z wolna ręce wsuwa
I rozchylając gęstwę badylow, w jarzynie
Jako rybak pod wodą nurkujący płynie:
Wzniosł głowę – cicho wszędzie – do okien się skrada –
Cicho wszędzie – przez okna głąb pałacu bada –
Pusto wszędzie. – Na ganek wchodzi nie bez strachu,
Odmyka klamkę – pusto jak w zaklętym gmachu;
Dobywa pozew, czyta głośno oświadczenie.
A wtem usłyszał tarkot, uczuł serca drzenie,
Chciał uciec; gdy ode drzwi zaszła mu osoba –
Szczęściem znajoma! Robak! Zdziwili się oba.

Widno, ze Hrabia kędyś ruszył z całym dworem
I bardzo śpieszył, bo drzwi zostawił otworem.
Widać, ze się uzbrajał; lezały dwururki
I sztućce na podłodze, dalej sztenfle, kurki
I narzędzia ślusarskie, ktorymi rynsztunki
Poprawiano; proch, papier: robiono ładunki.
Czy Hrabia z całym dworem wyjechał na łowy?
Ale po coz bron ręczna? Tu szabla bez głowy
Zardzewiała, tam lezy szpada bez temlaku:
Zapewne wybierano oręz z tego braku
I poruszono nawet stare broni składy.
Robak obejrzał pilnie rusznice i szpady,
A potem do folwarku wybrał się na wzwiady
Szukając sług, zeby się rozpytać o Hrabię;
W pustym folwarku ledwie wynalazł dwie babie,
Od ktorych słyszy, ze pan i dworska druzyna
Ruszyli tłumnie, zbrojnie, drogą do Dobrzyna.

Słynie szeroko w Litwie Dobrzynski Zaścianek
Męstwem swoich szlachcicow, pięknością szlachcianek.
Niegdyś mozny i ludny; bo gdy krol Jan Trzeci
Obwołał pospolite ruszenie przez wici,
Chorązy wojewodztwa z samego Dobrzyna
Przywiodł mu sześćset zbrojnej szlachty. Dziś rodzina
Zmniejszona, zubozała; dawniej w panskich dworach
Lub wojsku, na zajazdach, sejmikowych zborach
Zwykli byli Dobrzynscy zyć o łatwym chlebie.
Teraz zmuszeni sami pracować na siebie
Jako zacięzne chłopstwo! tylko ze siermięgi
Nie noszą, lecz kapoty białe w czarne pręgi,
A w niedzielę kontusze. Stroj takze szlachcianek
Najubozszych rozni się od chłopskich katanek:
Zwykle chodzą w drylichach albo perkaliczkach,
Bydło pasą nie w łapciach z kory, lecz w trzewiczkach,
I zną zboze, a nawet przędą w rękawiczkach.

Roznili się Dobrzynscy między Litwą bracią
Językiem swoim, tudziez wzrostem i postacią.
Czysta krew lacka, wszyscy mieli czarne włosy,
Wysokie czoła, czarne oczy, orle nosy;
Z Dobrzynskiej ziemi rod swoj starozytny wiedli.
A choć od lat czterystu na Litwie osiedli,
Zachowali mazurską mowę i zwyczaje.
Jeśli ktory z nich dziecku imię na chrzcie daje,
Zawsze zwykł za patrona brać koronijasza,
Świętego Bartłomieja albo Matyjasza.
Tak syn Macieja zawzdy zwał się Bartłomiejem,
A znowu Bartłomieja syn zwał się Maciejem;
Kobiety wszystkie chrzczono Kachny lub Maryny
By rozeznać się wpośrod takiej mieszaniny,
Brali rozne przydomki od jakiej zalety
Lub wady, tak męzczyzni jako i kobiety.
Męzczyznom czasem kilka dawano przydomkow,
Na znak pogardy albo szacunku społziomkow;
Czasem jeden ze szlachcic inaczej w Dobrzynie,
A pod innym nazwiskiem u sąsiadow słynie.
Dobrzynskich naśladując, inna szlachta bliska
Brała rowniez przydomki, zwane imioniska;
Teraz ich kazda prawie uzywa rodzina,
A rzadki wie, iz mają początek z Dobrzyna.
I były tam potrzebne; kiedy w reszcie kraju
Głupim naśladownictwem weszły do zwyczaju.

Więc Matyjasz Dobrzynski, ktory stał na czele
Całej rodziny, zwan był Kurkiem na kościele.
Potem, z siedemset dziewięćdziesiąt czwartym rokiem,
Odmieniwszy przydomek ochrzcił się Zabokiem;
Toz Krolikiem Dobrzynscy mianują go sami,
A Litwini nazwali Maćkiem nad Maćkami.

Jak on nad Dobrzynskimi, dom jego nad siołem
Panował, stojąc między karczmą i kościołem.
Widać rzadko zwiedzany, mieszka w nim hołota,
Bo brama sterczy bez wrot, ogrody bez płota,
Nie zasiane, na grzędach juz porosły brzozki;
Przeciez ten folwark zdał się być stolicą wioski,
Iz kształtniejszy od innych chat, bardziej rozległy,
I prawą stronę, gdzie jest świetlica, miał z cegły.
Obok lamus, spichrz, gumno, obora i stajnie.
Wszystko w kupie, jak bywa u szlachty zwyczajnie;
Wszystko nadzwyczaj stare, zgniłe; domu dachy
Świeciły się, jak gdyby od zielonej blachy,
Od mchu i trawy, ktora buja jak na łące.
Po strzechach gumien niby ogrody wiszące
Roznych roślin: pokrzywa i krokos czerwony,
Żołta dziewanna, szczyru barwiste ogony;
Gniazda ptastwa roznego, w strychach gołębniki,
W oknach gniazda jaskołcze, u progu kroliki
Białe skaczą i ryją w nie deptanej darni.
Słowem, dwor na kształt klatki albo krolikarni.

A dawniej był obronny! Pełno wszędzie śladow,
Że wielkich i ze częstych doznawał napadow.
Pod bramą dotąd w trawie, jak dziecięca głowa,
Wielka, lezała kula zelazna działowa
Od czasow szwedzkich; niegdyś skrzydło wrot otwarte
Bywało o tę kulę jak o głaz oparte.
Na dziedzincu spomiędzy piołunu i chwastu
Wznoszą się stare szczęty krzyzow kilkunastu,
Na ziemi nie święconej; znak, ze tu chowano
Poległych śmiercią nagłą i niespodziewaną.
Kto by uwazał z bliska lamus, spichrz i chatę,
Ujrzy ściany od ziemi do szczytu pstrokate
Niby rojem owadow czarnych; w kazdej plamie
Siedzi we środku kula jak trzmiel w ziemnej jamie.

U drzwi domostwa wszystkie klamki, ćwieki, haki,
Albo ucięte, albo noszą szabel znaki:
Pewnie tu probowano hartu zygmuntowek,
Ktorymi mozna śmiało ćwieki obciąć z głowek
Lub hak przerznąć, w brzeszczocie nie zrobiwszy szczerby.
Nade drzwiami Dobrzynskich widne były herby;
Lecz armaturę – serow zasłoniły połki
I zasklepiły gęsto gniazdami jaskołki.

Wewnątrz samego domu, w stajni i wozowni
Pełno znajdziesz rynsztunkow, jak w starej zbrojowni
Pod dachem wiszą cztery ogromne szyszaki,
Ozdoby czoł marsowych: dziś Wenery ptaki,
Gołębie, w nich gruchając karmią swe pisklęta.
W stajni kolczuga wielka nad złobem rozpięta
I pierścieniasty pancerz słuzą za drabinę,
W ktorą chłopiec zarzuca zrebcom dzięcielinę.
W kuchni kilka rapierow kucharka bezbozna
Odhartowała, kładąc je w piec zamiast rozna;
Bunczukiem, łupem z Wiednia, otrzepywa zarna
Słowem, wygnała Marsa Ceres gospodarna
I panuje z Pomoną, Florą i Wertumnem
Nad Dobrzynskiego domem, stodołą i gumnem.
Ale dziś muszą znowu ustąpić boginie:
Mars powraca.
O świcie zjawił się w Dobrzynie
Konny posłaniec; biega od chaty do chaty,
Budzi jak na panszczyznę; wstają szlachta braty,
Napełniają się cizbą zaścianku ulice,
Słychać krzyk w karczmie, widać w plebaniji świece;
Biegą; jeden drugiego pyta, co to znaczy,
Starzy składają radę, młodz konie kulbaczy,
Kobiety zatrzymują, chłopcy się szamocą,
Rwą się biec, bić się, ale nie wiedzą, z kim, o co!
Muszą chcąc nie chcąc zostać. W mieszkaniu plebana
Trwa rada długa, tłumna, strasznie zamieszana,
Az nie mogąc zdan zgodzić, na koniec stanowi
Przełozyć całą sprawę Ojcu Maciejowi.

Siedmdziesiąt dwa lat liczył Maciej, starzec dziarski,
Niskiego wzrostu, dawny konfederat barski.
Pamiętają i swoi, i nieprzyjaciele
Jego damaskowaną krzywą karabelę,
Ktorą piki i sztyki rzezał na kształt sieczki
I ktorej zartem skromne dał imię rozeczki.
Z konfederata stał się stronnikiem krolewskim
I trzymał z Tyzenhauzem, podskarbim litewskim;
Lecz gdy krol w Targowicy przyjął uczestnictwo,
Maciej opuścił znowu krolewskie stronnictwo.
I stąd to, ze przechodził partyi tak wiele,
Nazywany był dawniej Kurkiem na kościele,
Że jak kurek za wiatrem chorągiewkę zwracał.
Przyczynę zmian tak częstych na prozno byś macał:
Moze Maciej zbyt wojnę lubił, zwycięzony
W jednej stronie, znow bitwy szukał z drugiej strony?
Moze bystry polityk duch czasu zbadywał
I tam szedł, gdzie Ojczyzny dobro upatrywał?
Kto wie! to pewna, ze go nigdy nie uwiodły
Ani chęć osobistej chwały, ni zysk podły,
I ze nigdy z moskiewską partyją nie trzymał;
Na sam widok Moskala pienił się i zzymał.
By nie spotkać Moskala, po kraju zaborze
Siedział w domu, jak niedzwiedz gdy ssie łapę w borze.

Ostatni raz wojował poszedłszy z Oginskim
Do Wilna, gdzie słuzyli oba pod Jasinskim,
I tam z rozeczką cudow dokazał odwagi.
Wiadomo, ze sam jeden skoczył z wałow Pragi
Bronić pana Pocieja, ktory, odbiezany
Na placu boju, dostał dwadzieście trzy rany.
Myślano długo w Litwie, ze obu zabito;
Wrocili oba, kazdy pokłuty jak sito.
Pan Pociej, zacny człowiek, chciał zaraz po wojnie
Obroncę Dobrzynskiego wynagrodzić hojnie,
Dawał mu folwark pięciu dymow w dozywocie
I wyznaczył mu rocznie tysiąc złotych w złocie.
Lecz Dobrzynski odpisał: “Niech Pociej Macieja,
A nie Maciej Pocieja ma za dobrodzieja”.
Odmowił więc folwarku i nie przyjął płacy;
Sam wrociwszy do domu, zył z własnej rąk pracy,
Sprawując ule dla pszczoł, lekarstwa dla bydła,
Szląc na targ kuropatwy, ktore łowił w sidła,
I polując na zwierza.
Było dość w Dobrzynie
Starych ludzi roztropnych, ktorzy po łacinie
Umieli i w palestrze ćwiczyli się z młodu;
Było dość majętniejszych; a z całego rodu
Maciek prostak, ubogi, był najwięcej czczony,
Nie tylko jako rębacz rozeczką wsławiony,
Lecz jako człek mądrego i pewnego zdania,
Znający dzieje kraju, rodziny podania,
Zarowno świadom prawa jak i gospodarstwa.
Wiedział takze sekreta strzelcow i lekarstwa,
Przyznawano mu nawet (czemu pleban przeczy)
Wiadomość nadzwyczajnych i nadludzkich rzeczy.
To pewna, ze powietrza zmiany zna dokładnie
I częściej niz kalendarz gospodarski zgadnie.
Nie dziw tedy, ze czy to siejbę rozpoczynać,
Czy wiciny wyprawiać, czy zboze zazynać,
Czy procesować, czyli zawierać układy,
Nie działo się w Dobrzynie nic bez Maćka rady.
Wpływu takiego starzec bynajmniej nie szukał,
Owszem, chciał się go pozbyć, klijentow swych fukał
I najczęściej wypychał milczkiem za drzwi domu,
Rady rzadko udzielał i nie lada komu,
Ledwie w niezmiernie waznych sporach lub umowach
Pytany, wyrzekł zdanie i w niewielu słowach.
Myślano, ze dzisiejszej podejmie się sprawy
I stanie swą osobą na czele wyprawy;
Bo bijatykę lubił niezmiernie za młodu
I był nieprzyjacielem moskiewskiego rodu.

Właśnie staruszek chodził po samotnym dworze,
Nucąc piosenkę: Kiedy ranne wstają zorze,
Rad, ze się wypogadza; mgła nie szła do gory,
Jak się dziać zwykło, kiedy zbierają się chmury,
Ale coraz spadała; wiatr rozwinął dłonie
I mgłę muskał, wygładzał, rozściełał na błonie;
Tymczasem słonko z gory tysiącem promieni
Tło przetyka, posrebrza, wyzłaca, rumieni.
Jak para mistrzow w Słucku lity pas wyrabia,
Dziewica, siedząc w dole krośny ujedwabia
I tło ręką wygładza, tymczasem tkacz z gory
Zruca jej nitki srebra, złota i purpury,
Tworząc barwy i kwiaty: tak dziś ziemię całą
Wiatr tumanami osnuł, a słonce dzierzgało.

Maciej ogrzał się słoncem, zakonczył pacierze
I juz się do swojego gospodarstwa bierze.
Wyniosł traw, liścia; usiadł przed domem i świsnął
Na ten świst roj krolikow spod ziemi wytrysnął.
Jako narcyzy nagle wykwitłe nad trawę,
Bielą się długie słuchy; pod nimi jaskrawe
Przeświecają się oczki, jak krwawe rubiny
Gęsto wszyte w aksamit zielonej darniny.
Juz kroliki na łapkach stoją, kazdy słucha,
Patrzy, na koniec cała trzodka białopucha
Biezy do starca, liśćmi kapusty znęcona,
Do nog mu, na kolana skacze, na ramiona;
On sam biały jak krolik lubi ich gromadzić,
Wkoło siebie i ręką ciepły ich puch gładzić,
A drugą ręką z czapki proso w trawę miota
Dla wroblow; spada z dachow krzykliwa hołota.

Gdy się staruszek bawił widokiem biesiady,
Nagle kroliki znikły w ziemi, a gromady
Wroblow na dach uciekły przed gośćmi nowymi,
Ktorzy szli do folwarku krokami prędkimi.
Byli to z plebaniji przez szlachty gromadę
Posłowie wyprawieni do Maćka po radę.
Z dala witając starca niskimi ukłony,
Rzekli: “Niech będzie Jezus Chrystus pochwalony”.
“Na wieki wiekow, amen” starzec odpowiedział,
A gdy się o wazności poselstwa dowiedział,
Prosi do chaty; weszli, zasiadają ławę.
Pierwszy z posłow stał w środku i jął zdawać sprawę.
Tymczasem szlachty coraz gęściej przybywało.
Dobrzynscy prawie wszyscy; sąsiadow niemało
Z okolicznych zaściankow, zbrojni i bezbronni,
W kałamaszkach i bryczkach, i piesi, i konni,
Stawią wozy, podjezdki do brzezinek wiązą,
Ciekawi skutku narad koło domu krązą:
Juz izbę napełnili, kupią się do sieni;
Inni słuchają, w okna głowami wciśnieni.

1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (No Ratings Yet)
Loading...

Pan Tadeusz – Księga szosta: Zaścianek - ADAM MICKIEWICZ
«