Українська та зарубіжна поезія

Вірші на українській мові

Kongres

W nocy trwoga w Białym Domu
Nie dawała spać nikomu,
Marshall jezdził cały blady
Do Trumana na narady,
Nawet zona Achesona
Przyleciała przerazona,
I przez kabel Attlee z rana
Dostał rozkaz swego pana.

Tak historia się zaczęła.
Attlee zabrał się do dzieła,
Westchnął głośno: “Nie jest dobrze!”
I łapankę zrobił w Dovrze.
Wyskoczyli polismeni
Nowocześnie uzbrojeni,
Z krzykiem: “Boze, chron nam krola!”
Jęli gości pchać do ula.

Krązą w porcie przerazeni
Uzbrojeni polismeni:
– Gdzie Joliot-Curie, ten zbrodzien,
Co o pokoj woła co dzien?

Trzymaj! Łap! W kajdany okuj
Tych, co walczyć chcą o pokoj!
Niebezpieczni są poeci,
Matki dziesięciorga dzieci,
No, bo dzieci – komuniści,
Księza tez, najoczywiściej,
Grozny kazdy malarz, chociaz
Jeszcze gorszy jest robociarz!
A uczeni? Dobrze wie się,
Z czym wystąpią na Kongresie.

Struchlał Attlee, ze w Sheffieldzie
Gołąbeczek jest na szyldzie.
“Chcieć pokoju – ryknął Bevin –
To największa z wszystkich przewin!”
Tak to lew brytyjski ryczy
Na amerykanskiej smyczy.

Szczęściem biały gołąbeczek
Z dawna przywykł do wycieczek.
Przyglądali się zdumieni
Uzbrojeni polismeni,
Jak poleciał bez obawy
Prosto z Anglii do Warszawy,
Gdzie w trzy dni juz był gotowy
Drugi Kongres Pokojowy.

Z wszystkich krajow i połaci
Przyjechali delegaci,
Rozpoczęły się obrady,
Tylko trząsł się Attlee blady,
Tylko trwoga w Białym Domu
Nie dawała spać nikomu,
Gdy przez radio grzmiały w mroku
Słowa: Paix! Mir! Frieden! Pokoj!


Kongres - JAN BRZECHWA