Українська та зарубіжна поезія

Вірші на українській мові



Księzyc

Po kręgu zakreślonym starannie
toczy się świecący moj mechanizm;

kazdą linię, bryłę i płaszczyznę
trącam tym świecącym mechanizmem,

stąd cien srebrny podczas nocnych godzin,
co po świecie jak po twarzy chodzi.

Poruszone mą wielką spręzyną
rzeczy martwe tak zywe płyną,

barwę, nazwę, kształt, wagę i wymiar
w dzwięczną płynność zmienia noc olbrzymia

i ucicha wiatr, i milknie sowa,
gdy nadchodzi pora księzycowa.

Mosty tracą kres. Smyczki się dłuzą.
W miastach zjawia się pochyłych duzo

nagle ulic. Dzikie wino gore
i się zwija raz w es, raz we flores.

Na balkonach i na balustradach
kazdy promien swoj rebus układa,

a gdy ciemność zagasi część promieni,
rebus wraca do ciemnej przestrzeni,

jak do matki, tam gdzie pędzi w chmurach
wyzwolona z liczb architektura.

I znow z morza rzeczy, z głębi dennej
wynurzają się kontury zmienne,

ogmatwane z wszystkich stron księzycem,
promieniami, co tną jak nozyce;

kamien jęczy, mowi swoją skargę,
w bas się zmienia, a z basa w latarkę,

z tej latarki w twarz, a potem znowu
w jakąś inną formę księzycową,

w jabłko, w lichtarz, w binokle na nosie,
i znow w ciemny wiatr na ciemnej szosie.

Ulicami, ze ściany na ścianę,
blask przenosi swe linie łamane;

plac, ze przejść nie mozna, tak zasnuwa,
schody kradnie i okna przesuwa,

klucze giną ludziom, dyszle koniom,
wszystkie dzwonki jak na alarm dzwonią –

a to pełnia leci rozświetlona,
fruwająca, świecąca filharmonia.

Wtedy, wtedy wychodzi światło moje
w najtajniejsze skrytki, w mozgu zwoje,

w tony kruche jak szkło, w wieczne malwy,
w rzeki wszystkie, wzgorza, czasy, barwy,

w oczy ptasie i psie, i kobiece,
w lichtarz srebrny i zieloną świecę,

w dzikie wino po ścianie się pnące,
we wszystko kuszące, mijające,

wiruje niezmienną przemianą,
i wszystkiemu powiadam: Dobranoc.

Ktoz ja jestem? Płochy blask na ścianie,
a to moje polskie pozegnanie.

Rzeczy miłe, ponure i jasne,
dobrej nocy! Ja za chwilę zgasnę.

Światło moje ciche jak muzyka.
Ten promien niech zostanie. Ja znikam.

Lecz nim zniknę – byście pamiętali –
moj ostatni koncert dam w tej sali;

prosto z nieba przez szybę, na ścianę
wsrebrzę się i przed pulpitem stanę,

cztery walce zagram, z tłumikiem,
cztery walce nieśmiertelnym smykiem,
pod kopułą ciemną i wysoką –

a to będzie tylko wirowanie,
zakwitanie i przekwitanie,
czas tanczący, cztery pory roku.

Śnieg i pustka, owoc i pragnienie,
gwiazd imiona i bez imion cienie,
i pustynia, i zielen kobieca,

i zgiełk w sercu, i gwiazda nad świerkiem –
wszystko kręci się na kole wielkim,
a ja szprychy w tym kole oswiecam.

To są moje sprawy księzycowe,
bardzo trudne, chociaz tak nienowe.

Widzisz? w gornej szybie srebrna głowa?
To ja jestem, pełnia księzycowa.

Zawieszony u tej szyby gornej,
tobie świecę w noce niepochmurne,

w listach twoich przekręcam litery,
na twe loki spadam deszczem srebrnym

i sen tobie śni się w noc wrześniową,
ześ trąciła gałązkę deszczową –

i twe oczy, jak dwa lichtarzyki,
w dwie radości świecą, w dwa płomyki.

Potem, świateł roznych szafarz szczodry,
z światłem zblizam się do twojej kołdry;

świecąc jak latarnia światłem sutym
kołdrę twą zahawtowuję w nuty,

w gwiazdy, w gwiazdki, w całe Drogi Mleczne,
w chmury, w ptaki, w baszty średniowieczne.

A ty, srebrna, śpisz ze srebrną twarz ą,
i jest nocny czas, i sny się marzą.

Gdy odejdę, nie płacz, moja zono –
ja księzycem wrocę pod twe okno.

Kiedy w szybie promien zamigoce,
wiedz: to ja. Twoj księzyc. Serce nocy.


Księzyc - KONSTANTY ILDEFONS GAłCZYnSKI