Українська та зарубіжна поезія

Вірші на українській мові







WIZERUNK WŁASNY ŻYWOTA CZŁOWIEKA POCZCIWEGO. Rozdział trzeci – Epikurus

Ten trzeci rozdział zową EPIKURUS.
Abowiem ten filozof nie dzierzał nic o nieśmiertelności,
jedno w docześnych rozkoszach wszytko błogosławienstwo pokładał.

A tu jest rozprawa, jako o tym rozumieć mamy.
A gdyz to jest nasza myśl, abychmy wiedzieli,
Co wzdy jest nalepszego, to wyrozumieli,
O czym zawzdy sprzeciwne roznice bywały,
A nigdy sie myśli w tym ludzkie nie zgadzały.
Jedni je w obfitościach, w panstwach pokładali,
A drudzy wdzięczną rozkosz nad to przekładali.
Alechmy juz słyszeli, co panstwa umieją
I co je zle szafują, jako sie z nich śmieją.
Sprobujmy tez rozkoszek świata omylnego,
Co je niektorzy kładą na miejscu lepszego.

A gdy to on młodzieniec tak sobie rozmyślał,
Ktory w tych dziwnych sprawach wiele w głowie skryślał,
Co by tez z sobą czynić w tej świeckiej błędności
I jakoby swoj stan wieść prawie w poczciwości.
Chodząc po brzegu morskim, człowieka starego
Potkał, ktorego nie znał za wieku swojego,
Nadobną siwą brodę az do pasa mając,
Głogiem sie ostruganym pięknie podpierając,
Twarz nadobną, na głowie z dziwnych kwiatkow wieniec,
Ochotnie pokraczając, by jaki młodzieniec.
Przywitawszy, pytał sie o przezwisku jego,
Bo z postawy zrozumiał, iz jest coś zacnego.

Powiedział mu, iz jest on Epikurus sławny,
Ktory iz sie nie zstarzał, a juz miał wiek dawny,
Tym iz zawzdy wiekow swych w rozkoszach uzywał
A nigdy w zadnych trudnych rozprawach nie bywał.
Lękł sie on zacny człowiek, bo tak to z tym bywa,
Jako kmiotek za pługiem, gdy skarb wygorywa.
Rzekł mu: “O święty starcze, ja gdziemkolwiek bywał,
Słychałem o twej sławie, ktorąś wszędy miewał.
Proszę cie, nauczze mie wzdy czego dobrego,
Bych zrozumiał, co tez jest na świecie lepszego”.

Rzekł mu starzec: “A wszak wiesz, iz to rozkosz starych,
Aby mieli rozmowy o rzeczach niemałych.
A tez juz czas niemały jako tu proznuje,
Jedno w tych kwiatkoch chodząc sobie rozkoszuję.
A tak podzwa sam mało a tam na pokoju
Siędziem sobie pod lipką a przy pięknym zdroju”.
Powiedział mu siadszy wnet: “Moj młodziencze miły,
Wierzę, ze cie bogowie w ten kraj przypędzili,
Abyś prawie zrozumiał, co jest nalepszego,
Gdyz to zawzdy rozna rzecz bywa u kazdego,
Ktorzy tu chodzą dziwnie z dziwnemi myślami
A ledwe znać, iz zywi, jako malowani.
A prawie by mogł nazwać świat klatką szalonych,
Gdyz ich na nim daleko więcej niz ćwiczonych,
Ktorzy w rozlicznych myślach po światu latają,
A to co jest lepszego, mało o to dbają.
Gdyz wiesz, iz kazda praca ciągnie sie do tego,
Aby kazdy rozkoszy uzył potym z tego.
Widzisz, iz kazda sprawa ku koncu sie toczy
A niech kazdy, jako chce, tu w swych sprawach kroczy,
Wszytko sie k temu ciągnie, by tego uzywał
A po swych wszytkich pracach wzdy tez rozkosz miewał.

A tak rozkosz jest koniec naszych wszytkich rzeczy,
A kazdy ją na wielkiej iście miewa pieczy.
Nie pływałby marynarz, ani gardła wazył,
Ale to wszytko czyni, by rozkoszy zazył.
Żołnierz, wiesz, jakich zawzdy uzywa przykrości:
Wazy sie gardła, guzow, dziwnych trudności,
Aby z tego rozkoszy czasow swych uzywał.
Lecz wiem, ześ tego świadom, jeśli ześ w tym bywał.
Uczony z bladą twarzą siedzi nad księgami,
Aby potym swych czasow uzył z rozkoszami.
Bo by rozkosz nie była, juz by ani sława
Nigdy płatna nie była, ani zadna sprawa.
Bo chociaj kto zle czyni, juz to rozkosz jego,
I kazda dobra sprawa ściąga sie do tego.
A cozkolwiek na świecie przypada trudnego,
Kazdy sie tego wazy, by miał rozkosz z tego.

Ano i wszytki smysły nasze przyrodzone
Ku rozkoszam najwięcej na wszem są stworzone.
Abowiem kiedy oko co pięknego widzi,
Kocha sie, a na szpetne poglądając szydzi.
Do uszu gdy tez przydą jakie piękne głosy,
Radują sie, a z szpetnych az więc wstają włosy.
Usta i nos, gdy do nich przydzie co wonnego,
Juz z niemałą rozkoszą uzywają tego.
Takiez ręce i nogi jaką rozkosz mają,
Kiedy sie więc wdzięcznego czego dotykają.
A iz praca a frasunk i ine trudności,
Zawzdy to złym musi zwać w kazdej omylności.
Bowiem kazdy przypadek podobien ku świni,
Ktory tu krotochwile z rozkoszą nie czyni.
A tak nie lza, jedno tak wszyscy znać musimy,
Iz rozkosz rzecz nalepsza, gdyz tak wszyscy wiemy.
Bo i nieme zwirzęta cozkolwiek działają,
Zawzdy tez, jaką mogą, krotochwilę mają.
A cozkolwiek zywego tu sie na świat rodzi,
Gdy sie pocznie i potym zawzdy rozkosz płodzi.

Acz więc drudzy proznemi wywody to psują,
Iz sie rozkosz nie zgodzi z cnotą, tym figlują.
Bo ku cnocie przychodząc, trzeba być w czujności,
Wszytki wczasy opuszczać, zawzdy być w trudności,
Skąd tu na świecie sława a w niebie odpłata
Roście zawzdy kazdemu, święta to utrata.
A iz dusz, z tej pracy kiedy stąd wynijdzie,
Iz prosto za drugiemi tam w rozkoszy idzie,
A ten, co tu rozkoszy na świecie uzywa,
Tam po śmierci po uszy zawzdy w piekle bywa.
Co to wszytko zmyślili oni goli łgarze,
Aby im przykładano więcej na ołtarze.
Jakie tam dziwne strachy, jakie dziwne męki,
A jako w gardło smołę leją i przez dzięki,
Jako pies na łancuchu o trzech głowach siedzi,
Cerberus, co ty kąsa, gdy kto tam nawiedzi.
Jako tam barzo ciemno; a to sie nie zgodzi,
Gdyz zawzdy jasno bywa, gdzie sie ogien płodzi.
Jakoz sie nie wstydają o tych plotkach bajać,
A ci, co prawdę znają, mogliby im łajać.
Czego ani wywodem, ni rozumem zadnym
Nie dowiodą, mogłby łza łotrom zadać zdradnym.
Onić to poetowie a popi zmyślili,
Ktorzy prawie nieprawdę wszytek świat skryślili.
Bo jakochmy tu na świat z nizczego stworzeni,
Takze tez zasię w niwecz będziem obroceni.
O szalony rozumie! o czymze to radzisz?
Abyś miał być wiecznie zyw, tak sie na to sadzisz.
Jednoć to gwiazdom dano, słoncu, miesiącowi,
Ale iście nie tobie, marnemu osłowi.
Bo jeśli za zywota świata nie zazywiesz,
Wierz mi, kiedy raz zdechniesz, iz juz nie ozywiesz.
Gdyz gory, wieze padną a kamienne sklepy.
A coz by to miało trwać, co z błota ulepi?

Bo wszytko, co widzimy, to w rychle przeminie,
Nie masz nic tak trwałego, co z czasem nie zginie.
Acz drudzy powiedają: “Ale sława wieczna,
Moze być i po śmierci czasem pozyteczna”.
Wierę, więc niechaj lata, juz kędy chce, sława,
Kiedy nas nie dostanie, juz rości psu trawa.
Bo chociaj więc nad groby herbow nastawiają,
Teksty kują w kamienioch, proporce wieszają,
Alić po małej chwili obalił sie kamien,
Proporzec prochem przypadł, juz nie znać nic za nim.
Owa iz zaden ni wzwie, jako prędko zginie,
Gdyz jako pajęczyna tak nasz wiek przeminie,
A obchodzi sie z nami ten świat tak fałszywie,
To jedno w zysku mamy, co tu kęs zazywie.
A tak i ty, gdyz cie czas chowa w obfitości,
Zazywaj, kędy mozesz, rozkoszy w młodości.
Radzęć, bo jako sie tu z tego placu zemkniesz,
By cię zimną wodą zlał, barziej sie przelękniesz.
A nie psuj sobie czasu, pokić szydła golą,
A puść wszędy dobrą myśl zawzdy na swą wolą”,

A gdy juz on siwaszek dokonczył swej rzeczy,
Ktorą słysząc on młodszy miał na pilnej pieczy
I barzo mu ta rada jego smakowała,
Bo mu do bujnej myśli na wszem przypadała –
A młodego rychlej, by na lepie ptaka,
Na swą wolą, by na mak, zwabi nieboraka –
Podziękował mu wstawszy nadobnemi słowy:
“O jakoz to wdzięczna rzecz z tej poczciwej głowy!
Czegom sie tu nasłuchał, az na sercu miło!
Bodajzeć jeszcze więcej tych czasow przybyło!
Gdyz tak powazne rzeczy umiesz rozprawować,
Ja nie wiem, jakoć za to juz mam zasługować.
Juz ja to jako w skarbie zachowam w pamięci,
Lecz mi sie jeszcze o tym pilnie we łbie kręci,
Wiedząc o tej rozkoszy, jako k niej przychodzić,
Aby tez dobrej sławie ni w czym nie przeszkodzić.”

Powiedział mu staruszek: “Azaz nie pamiętasz,
Com ci pirwej powiedał, iz sie sławy lękasz.
Iz tu wszytko na świecie jako dym przeminie,
jedno to, co w rozkoszy zazywiemy, słynie.
Ale chceszli doświadczyć jeszcze lepiej wszego,
Jeszcze cie i na oko dowiodę do tego.
Bo tu jest nie daleko z barzo dziwną głową
Na wszem zacna krolowa, Rozkoszą ją zową.
A tam sie około niej wszyscy zgromadzili,
Co wszytko opuścili, by świata zazyli.
A tak, jeślić nie cięzko a chcesz sie przechodzić
Uzrzysz tam wielkie dziwy, nie będzieć to szkodzić.”

Iścieć to więtszy przysmak młodemu niz z miodem,
A grzebłby sie do tego, by snadz i pod lodem,
Aby jedno oględać, co rozkoszy płodzi.
Tak wszytki ten marny świat prawie za nos wodzi.

Rzekł: “Powa co narychlej moj miły staruszku,
Juz ja ciebie powiodę wszędy pomaluśku,
Ize sie nie poślizniesz; albo cie poniosę,
Az wiatr lepiej osuszy na trawie tę rosę”.

Juz by sie był z nim kłusał ubogi nędzniczek.
Najdzie sie więc do złego wnet inochodniczek.
Ale gdy do dobrego, musi ić piechotą,
Bo i szkapę trudno, gdy jechać za cnotą.
Idą juz w onę drogę po gęstej szelinie,
Upatrując, gdzie prościej, znacząc po drzewinie.
Przyszli pod jeden zamek na gorze wysokiej,
Wielkim kosztem sprawiony, prawie pod obłoki.
Pyta sie wnet młodzieniec, co by tam było.
A juz mu i nadzieje, i myśli przybyło.

Rzekł mu starzec: “Jest tu pan, zowie sie Swąwolą
A u tej mu krolowej barzo szydła golą.
Ale z wielką trudnością miałbyć przyć do tego,
Abyś go mogł oględać w majestacie jego.
Bowiem jedno trzy dziewki tam przy nim mieszkają,
A kazda z nich z osobna swoje sprawy mają:
Pycha a Nieczystota, trzecia sprosna Głupość,
A ta ludziom nad ine czyni nawiętszą złość.
Aleć nie wiem na ten fest, abyć tam nie były
Przy krolowej, boć często z nimi krotochwili.

A tez nas pod ten zamek bez myta nie puszczą.
Wszak widzisz onę w lesie na gościncu tłuszczą,
Ktorzy juz ustawicznie tu na to czekają,
Iz kto idzie nowotny, pilnie sie pytają:
Czego szuka, gdzie idzie i o czym sie pyta.
A kazdy tam z osobna za swoj rękaw chwyta.
Jest tu Zdrada mytnikiem, podskarbim Wszeteczność,
A juz sobie kupiły ten urząd na wieczność,
Iz to chce ić do paniej, ktora rozkosz płodzi,
Tedy sie i o myto łacno z nimi zgodzi.
Ale kto by sie udał z jaką inszą kupią,
Ledwe go więc szacując z skory nie wyłupią.”

Rzekł młodzieniec: “Proszę cie, wiedz mie iną drogą,
Boć wierę, mam na ten czas kaletę ubogą.
Aczbych sie ja, zda mi sie, snadnie zgodził z nimi,
Kiedy tam, gdzie im miło, pospołu idziemy”.

Rzekł starzec: “Jest tu ściezka, ale barzo przykra,
Przy ktorej tez tam mieszka małpa barzo chytra –
Poczciwość, a przy niej jest panią stara Cnota.
Tam nie uzrzysz ni srebra, ni zadnego złota.
Bo tak prawie w zakonie mieszka jako mniszka,
A gdy co chcesz z nią mowić, chytra jako liszka.
I barzo jej nierada nasza pani widzi
A jawnie, kiedy przydą, z obu sie naszydzi.
Minmyz je, gdyz nie mamy zadnej sprawy z nimi
A prawie na dobry czas do paniej trafimy.”

Szli dalej i uzrzeli gaj piękny, zielony,
Ze wszech stron jako płotem roza osadzony.
Kierz biały, kierz czyrwony nadobnie sie mienią,
Drugim rzędem fijołki za tym sie zielenią,
Żołte jedny, brunatne kwiatki drugie mając,
Foremnie rozsadzone, piękną wonią dając.
Około roz jałowce z ziarnkami wonnemi,
Przesadzane pięknemi drzewy bobkowemi.
Miasto płotu jawory, szyroki list mając,
Wdzięczny cien na wsze strony od siebie dawając.
Potym wszędy rozliczne kwiecie rozsadzono,
Wszytko rowniuczko rostąc pięknie przystrojono.
Nuz ony rozmaryny, ony majerany,
Drugie jeszcze wonniejsze, co ich tu nie znamy.
Szpikanardy, cyprysy, lawendy, izopki,
Co ono z nich bywają rozmaite wodki,
To wszytko swym porządkiem rozsadzono było,
Tak iz sie jedno z drugim farbami mieniło.
Lilije, piwonije, tez w swym rzędzie stały,
Glanc nadobny, czyrwony z białym podawały.
Miedzy tym zasię były fijołeczki drobne,
Stokroć piękne i ine kwiateczki nadobne,
Lilijum konwalijum, gozdziczki czyrwone,
Przesadzane białemi, prawie napełnione.

Więc jagodki rozliczne między nimi wszędzie,
Czyrwone i brunatne, kazde w swoim rzędzie,
Truskawki, pozimeczki, piękne zorawiny,
Wisnki polne i ony pachniące maliny.
A około bukszpany z listki zielonemi,
Stały jako ogrodki ogrodzone imi.
Owa gdzieśkolwiek pozrzał, musiałeś sie zumieć,
Bo trudno tam tym kstałtom było wyrozumieć.

Bo nad tym zasię wszędy piękne drzewa stały,
Tez zasię rzędem wszytko, by nie zasłaniały,
Ony wonne cyprysy, ony cynamony,
Podawając od siebie rozliczne perfumy.
Drugiemi zasię rzędy pigwy a broskwinie,
Figi a pomarancze, co rostą i zimie,
Więc drzewa muszkatowe, morelle, oliwki,
Miedzy nimi dziwnych farb rozmaite śliwki.
Więc z pięknemi orzechy migdały, kasztany.
Żeby tam był mogł przywieść i nawiętsze pany,
Iście by sie tam czasem zadziwować mieli,
A ledweby i drugim rzeczam zrozumieli.
Ano piękne panienki kosztownie ubrane,
W rozlicznych złotohławiech z wirzchu przyodziane,
Przechodzą sie śpiewając miedzy kwiateczkami,
Uzywając młodości swojej z rozkoszami,
Rozlicznemi farbami wianki przeplatając,
Na gałązkach po onych drzeweczkach wieszając.

Więc ptaszkowie rozliczni, cochmy ich nie znali,
Skacząc po onych drzewkach, tak pięknie śpiewali,
Że sie drugi zapomniał słuchając onego,
Zwłaszcza ten, ktory był przyrodzenia młodego.
Juz słowicy, kosowie, juz oni drozdowie,
By tez mieli wymawiać, śpiewając po słowie.
Więc ony kukułeczki nadobnie kukają,
Więc papugi rozliczne głosy wydawają.
Skowronkowie, nad drzewy wzgorę wylatując,
Krzyczą pięknie, dobrą myśl kazdemu działając.

Więc zrzodła ony piękne miedzy drzewki wrają,
A kamyczki by złoto tam sie w nich błyskają,
Miedzy nimi błękitne, zołte, z czyrwonemi,
A kwiateczki ze wszech stron tuz wiszą nad nimi.
Pstrzązki, kiełbie, ślizyki miedzy kwiatki grają,
Ktore panienki sobie igrając łapają.

Więc zwirzątka rozliczne pod drzewy bujają,
Rogi dziwne i barwy osobliwe mają.
Łosie, łanie, jelenie, sarny, danijele
By najmniej sie nie bojąc, chodzą sobie śmiele.
Nie masz tam ani strachu, ani zadnej trwogi,
Głaszcze je, kto chce, chodząc, za uszy, za rogi.
Bo tam nie masz niedzwiedzia, ani lwa strasznego,
Ni tygrysa, ni zubru srodze bodącego.
Zaiączkowie z kroliki z krzow sie wyrywają
A panienki za nimi igrając biegają.

Więc chłodniczki na rogach pięknie rozstawione,
A na wszem wielkim kosztem dziwnie przyprawione,
Z cyprysy rzezanego a z kości słoniowych
Rozlicznie utoczonych, dziwnych kstałtow nowych.
Sztukwarki hebanowe, a cyndelinowe,
Miedzy nimi kamyczki a wzory perłowe.
Więc pawiment z srebnych blach, smalcem napuszczony,
Wirzch z onych dziwnych kwiatow, wszytek pozłocony.
Więc spalery na ścianach ze srebra, ze złota.
Az sie w oczach coś mieni, tak cudna robota.
Nad nimi historyje onym malowaniem,
Iz gdzie sie kto obrocił, kazdy patrzył za nim.
Oni Achillesowie, oni Parysowie,
Jazon, Hektor, Ulikses, i Pryjamusowie.
Helena wielkim kosztem stała przystrojona,
Więc Dydo, Penelope, piękna Eksyjona
Tak prawie na tablicach jako zywe stały,
Że oczy ludzkie tego nigdy nie widały.

Więc stoły przystrojone kstałtem rozmaitym
A kosztem wystawione kredence obfitym.
Więc kosztownym kamieniem pięknie przesadzone,
Smalcy rozmaitemi wszytko pozłocone.
Talerze, łyzki, misy, wszytko kryształowe,
Widełki oprawione złotem, koralowe.
Owa gdzieśkolwiek pozrzał, wszędy sie błyszczało.
Azać onych wymysłow tamo było mało?

Rzekł starzec: “Juz siądz za stoł, boć ten jest obyczaj,
Aby tu kazdy czcion był, a nic sie nie wstydaj”.
A gdy juz tam za stoły onymi siedzieli,
Prawie od wielkich dziwow i jeść nie umieli.
Przyszło potym sześć panien z onymi ukłony,
Kazdy bram haftowany pięknie ustrzępiony.
Jedna drugiej piękniejsza, az sie dziwno zdało,
Co by miło pozrzeć, az serdeczko drgało.
Tu dwie k stołu słuzyły, dwie picie dawały,
Dwie na kościanych lutniach nadobnie igrały.
Ano dziwne potrawy i przysmaki dziwne
A snadz i rozumowi na wszytkim przeciwne.

Potym około siedli rozni muzykowie,
Az od wielkiego brzęku coś sie działo w głowie.
Więc sie takim porządkiem rozno rozsadzili,
Iz namniej jedni drugich ni czym nie głuszyli:
Tu blizej lutnistowie, arphy, symfonały,
A za nimi panienki przyśpiewając stały.
Ony głosy, by tez snadz mieli być anjeli,
I martwi, by słyszeli, byliby weseli.
Dalej fletniczki piszczą a puzany bęczą,
Pomorty jako chłopi, gdy sie swarzą, jęczą.
Dalej zasię kornety, głośne szałamaje,
Tak iz jedno drugiemu wdzięcznośći dodaje.
A trąby pozłociste przy kazdym lezały,
A gdyby pani wyszła, na to juz czekali.

Mało dalej za drzewy piękna łąka była,
Dziwnie rozlicznym kwieciem z daleka sie pstrzyła,
nie inaczej jakoby gdzie piękna opona
Perłami haftowana, była roztoczona.
Za nią kosztowny pałac dziwnie przystrojony,
Pozłocistą dachowką wszytek połozony.
Z alabastru, z marmoru ony dziwne ganki
Wszędy kwieciem strzęsiono, wszędy wiszą wianki.
A jeśli sie z daleka wszytko pięknie pstrzyło,
Coz rozumiesz, zeć piękniej jeszcze wewnątrz było.

Wyszła pani z pałacu; by sie roświeciło,
Az jakoś przystraszniejszym na nię patrzyć było.
Ano sie łsną szafiry, rubiny, szmaragi,
Dyjamenty rozliczne a kosztownej wagi.
Około niej fraucymer dziwnie przystrojony,
Perłami a kamieniem wszędy nastrzępiony.
Skoro weszła na łąkę, wszyscy muzykowie
Wnet w trąby uderzyli, az szumiało w głowie.
Takze sie i tam i sam pięknie przechadzała,
A z onym fraucymerem sobie rozmawiała.
Ze wszech stron sie k niej sypą i młodzi i starzy
A kazdy sobie tuszy, jako szczęście zdarzy.
Starzy, ale nie stary zwyczaj w sobie mając,
Kazdy jako młodzieniec idzie podrygając.
Abowiem kiedy rozkosz juz kogo rozdrazni,
By był nastateczniejszy, wnet kazdego zbłazni.

Po prawej ręce paniej tez pani nadobna
Szła, a znać, iz gdyś była w swym stanie swobodna.
Na stronę poglądając, bujno sobie kroczy,
U dziecięcia na ręce związane oczy.
Skrzydełka mu u ramion z nadobnego pierza
A łuczek dzierząc w ręku, na kazdego zmierza.
Więc tu panny, młodzience strzałeczką ugadza,
Az prawie krew rozana z ranek im wychadza.
Więc chociaj mało boli a wnet sie zagoi,
Ale przedsię znać, ze coś we łbie sie im broi,
Bo chodzą zawiesiwszy twarz, jakoby pomdleli,
Patrząc na sie załośnie, by pozdychać mieli.

Z drugiej strony tez pani juz nie tak przyprawna;
znać, iz jakaś utratna a na wszytkim strawna.
Bo w jednej ręce picie nosi, w drugiej jedło.
Wszytko je, nie przestając, jako ine bydło.
A na ręce nosiła jakieś dziecię małe,
Że ledwe głowę dzierzy, tak barzo ospałe,
Że i oczu otworzyć nigdy nie umiało
I drugim, patrząc na nie, az sie tez spać chciało.

Ony zasię sześć panien, co k stołu słuzyły,
Na ktorych napisane teksty z tyłu były,
Na jednej Luksuryja, na drugiej Libido,
W ktorej sie barzo kochał on ślepy Kupido,
Trzeciej Awarycyja, czwartej Superbija,
Jedna drugą do paniej kwapiący sie mija.
Za nim Inwidyja, potym Stultycyja,
A przy słuzbie została pić Temulencyja.
Potym stanąwszy rzędem, pięknie sie kłaniały
A wianki z głowy zejmując przed panią miotały.
Ona mi tez wdzięczną twarz na wszem okazała,
A po pysznym pierścieniu wszytki darowała,
Pytając sie: “Jakoście tam goście uczciły
A jeślibyście na nasz dwor tam przysadziły.”
Rzekła wnet Superbija: “Jeden nasz a bozy,
Bo znać, iz mu sie we łbie wszytko dziwno trwozy.”

A potym Fraus a Dolus przyszli ochmistrzowie,
A dziwni to na świecie są oba mistrzowie.
Bo kogo chcą, z najwiętszych przygod na swobodę
Wydrą a kogo tez chcą, przekiną przez nogę.
Szuby na nich ze złotem sobolowe czyste,
A laski w ręku dzierzą srebrne pozłociste.
Tu stanąwszy z daleka paniej sie kłaniają,
Na ony wszytki ordy hardzie poglądają.

A oni dwa za stołem, co pyszno siedzieli,
Patrząc na ony dziwy, az prawie pomdleli.
Wstawszy wloką sie tez tam z strachem zaglądając,
Prosto gdy na groch dybie we dnie z lasa zając.
Pani potym uzrzawszy k nim sie obrociła,
A wesołą postawę wnet im uczyniła.
Ukłonił sie młodzieniec, z strachem ją przywitał.
Zdało mu sie, by go kto za łeb z tyłu chwytał.
Potym za dworzanina on go starzec oddał,
A dziwnie zalecając na wszem wysławował.
Godność, narod, urodę, zwyczaje, baczenie,
I wszytko w nim winszując, gdy przyszedł w ćwiczenie.
Wnet ji pani przyjęła z nadobną ochotą,
Dając mu pirwsze miejsce miedzy oną rotą.
Wnet łancuchow, klenotow przynieść mu kazała
I dziwnych szat odmiennych dosyć mu nadała.
Posadziła ji potym niedaleko siebie,
Juz dobrze idą naszy, a ledwe tak w niebie.

Potym panny rozliczne tance tancowały,
Drugie pięknie śpiewając na lutniach im grały.
Więc potym przyniesiono cukry, marcepany
Z rozlicznymi przysmaki, ktorych my nie znamy.
Więc cytryny, cybeby, więc mirabolany,
By tez siedział w aptece, albo miedzy kramy.
Ony soki pigwowe, by śkło przezroczyste,
Przystawki kryształowe z wirzchu pozłociste.
Ręczniki ony pyszne, złotem haftowane
Wzory adamaszkowe, srebrem przetykane.
Tu sie ony panienki nadobnie kłaniały,
Chodząc, ony przysmaki dziwne rozdawały.
Pani potym, na pokoj kiedy juz ić chciała,
Po drugie rękę słudze nowemu podała
Mowiąc: “Bądzze mi wierzen, a snadz w krotkim czesie
Iście sie twoj stan znacznie ku gorze podniesie.”
Pani idzie na pokoj, w trąby uderzono,
Wszyscy sie je kłaniają, pałac otworzono.
Panny wience, pierścienie panicom dawają,
Dając sobie dobrą noc, mile sie zegnają.
Oni tez dwa idą precz z dziwnem a z załością,
Panienki je zegnają z wielką ochotnością.
Takiez wianki, pierścionki tu im podawają,
Okazując im załość, ze sie rozstawają.

Wyszli przed gaj na gorę, alić druga pani
Ale juz z inakszemi stała przyprawami.
Znać, iz zacna, powazna, by jaka bogini,
Juz inszych obyczajow daleko z onymi.
A za nią dwie panience, jedna Dyskrecyja,
A podle niej tez stała druga Prudencyja.
Tez nadobnie ubrane, ale ine sprawy
Juz nie tak jako onych, i ine postawy.
Wnet onych dwu zgromiła: “A coz wzdy czynicie,
Czemuz sie tak po światu by błędni włoczycie?
Juz mi temu nie tak dziw, lecz ty panie stary,
Czemu wzdy nie uzywasz swoich czasow miary?

Rzekł starzec: “Moja pani na wszem miłościwa,
Zaz nie wiesz, iz kto często tu w tym sadu bywa,
Musi zmienić postawę, musi obyczaje,
Bowiem statek z powagą stoi tam za jaje.”

Rzekła pani: “Znam ci ja, iz ty tak dokonasz
Juz w tym swoim szalenstwie, podobno az skonasz.
Ale czemu wzdy tak świat swą złą sprawą draznisz,
A tego poczciwego młodzienca przecz błaznisz?”

Rzekł młodzieniec: “O moja pani, byś wiedziała,
I sama byś wnet skokiem pewnie tam biezała.
Jakie tam są rozkoszy, jakie krotochwile,
Az jeszcze serce skacze, myśląc o tym mile”.

Powiedziała mu pani: “O nędzniku marny,
Patrzaj, by cie tam karmiąc nie dawanoć skwarny.
Lepiej ja nieboraczku znam tamty rozkoszy:
I jako sie ta ksieni tam z nimi kokoszy,
Jako światem błaznuje, i jako ji zwodzi,
I jakie zbytki w ludzioch, jakie szkody płodzi.
Zda-ć sie w tobie w jej sprawach, by była bogini.
Lecz gdy lepiej obaczysz, podobniejszać k świni.
O, srogiz sie to tam wąz pod tą trawą tai,
Ktory kąsa po cichu tam w tej marnej zgrai,
A pirwej by szkorpijon cichuczko przelize.
O coz ich tak zawiodły tamty marne bryze!
Bo chociaj sie foremnie z daleka błyskają,
Ale być wewnątrz pozrzał, szpetnąć farbę mają.
Są jako ona wędka, co sie w wodzie błyszczy,
Ktora niewinne rybki zawzdy zdradnie niszczy.
Kiedy sie do niej zbiezą, wielką radość mają,
Ano je potym szpetnie na suszą targają.
Takzeć tez ta cukruje swymi postawami,
Lecz wszędy gorzki piołun pod jej potrawami.
A jako czyzyk w klatce tak po lepu wabi,
A szpetnie na nim wiązaną naszy chudzi drabi.
Ni Scylla, ni Karbybdas tak straszna nie bywa,
Jak ta marna bestyja, gdy nad kim moc miewa.
Bo kto sie wda w jej sprawę, juz wszytko opuści,
Juz go ku zacnej cnocie nigdy nie przypuści.

A rownie jako Cyrces, co odmienia głowy,
Tak tez ta błazni wszytki łagodnemi słowy.
Iz za mądre szalone głowy odmieniają,
Jako ine zwirzęta, co z nią sprawę mają.
Bo kto jej chce pilen być, odmienić sie musi,
A nie masz nic tak złego, o co sie nie kusi.
Zaz nie wilcza postawa musi sie z nim zjawić,
Patrząc w kąty ponuro, by co złego sprawić,
Wyłudzić albo wydrzeć? Aby dostawało,
Bowiem na ty jej figle zawzdy bywa mało.
Zaz nie świnia plugawość kazdego ogarnie?
Chociaj z wirzchu chędogo, ale wewnątrz marnie.
Bo o tym ustawicznie myśli jako świnia,
By sie zawzdy marnemi drozdzami opiła,
A co by zjeść po kąciech, krzykając macała
A z drugą wlazszy w barłog, by sie przewracała.
Azaz nie srogi niedzwiedz tanie sie z kazdego?
Bo leda krzywda ruszy juz kochanka tego.
Juz go pycha wyniesie, juz mu wszyscy krzywi,
Juz tam jedno pochlebca ledwe sie pozywi.
Bo juz więc tam na wszytkim strzeze stanu swego
A zda mu sie, iz naden nie masz godniejszego.
Więc sie kazdy rozlezy, ze czysty woł z niego,
Juz mu wszytko omierznie, o jest przystojnego,
Jedno wszytko jako pies pod jatkami lezy,
A gdy mu kość wyrzucą, porwawszy precz biezy.

Jest prawie skryta w trawie tej rozkoszy siatka,
Albo gdy we krzu stoi, na czeczotki klatka.
A kto nabezpieczniejszy, ułowi sie snadnie,
Bo ni sie sam obaczy, kiedy w tę sieć wpadnie.
O nędznez to nasienie człowieczego rodu!
Toć często marnie tonie, często chybia brodu.
Leda co je uwiedzie, leda co napadnie,
Że sam nieborak ni wzwie, kędy w sidło wpadnie.
Zaz jawnie nie widzimy, co nam rozkosz płodzi
A jako z poczciwych spraw dziwnie nas uwodzi.
Juz tam tania poczciwość, cnota, sława, zdrowie,
A kto tego skosztował, niechaj prawdę powie.
By tu stanął Herkules, co sie bijał z smoki,
Aleksander, co z myślą latał pod obłoki,
Samson on namocniejszy, co mury obalał,
A wzdy kazdy tej paniej na wszytko przyzwalał.
Leda nędzna niewiastka kazdego zbłazniła,
Co wszytko krotochwila z rozkoszą sprawiła.
Kazdy sie z nich dał uwieść postawam a słowam,
Co jest rzecz przyrodzona chytrym białym głowam.
Takiez ta wasza pstrzucha, uzrzysz, co wam sprawi
A barzo w krotkim czesie sen sie wam wyjawi.
Bo widzę z jej otuchy, izeście weseli,
Zda sie wam, byście juz świat po swej woli mieli.
Poczkajze jedno mało a doczekaj konca;
Uzrzysz, zeć sie wybodzie z tego stroju honca,
Bowiem kto sie na ten harc namocniejszy kusi,
Uzrzysz, alić za siodł kazdy wypaść musi.

Potym on starzec mrucząc poszedł wnet od niej precz,
Bo mu sie nic po myśli nie zdała ona rzecz.
On młodszy przy niej został. Rzekła: “Nie bacz tego,
Dawny to jest obyczaj puchacza sprosnego,
Iz nierad w słonce patrzy, woli za krzem siedzieć,
A co jest przystojnego, nie chce o tym wiedzieć.
A wszak tez i pies rychlej kiedy sie zstarzeje,
Zawzdy sie w ogon gryzie, zawzdy sparszywieje.
Takiez ten z siwą brodą, nie miła mu prawda,
Niechać idzie gdzie raczy, by chciał i do djabła.
Ale ty wzdy nieboze sam na się miej baczność,
Abyć fuzą nie wyszła ta twa zacna młodość.
A sprawuj sie rozumem, a nie daj sie zwodzić,
Bo jako sie w plotki wdasz, będzieć barzo szkodzić.
Mozesz i po tym baczyć, co zwyczaj sprawuje,
Co teraz uciekając błąd swoj okazuje.
Bo znać, ze jeszcze z młodu swej sie wolej napił,
Nie mogł przy prawdzie wytrwać, tam sie zasię kwapił.

Ale ty tak rozumiej, moj młodziencze miły,
Abychmy darmo czasu marnie nie tracili.
Bog, ktorego mądrości nie pościągnął zadny,
Tak dziwnemi sprawami stworzył ten świat zdradny,
Iz jedno człowiekowi, drugie zwirzętom dał,
Lecz po trosze wszytkiego przy kazdym zostawiał.
Zwirzęta słuchy, wzroki ostrzsze niz człek mają
I niektore wzdy rzeczy widząc rozeznają.
Ale człowiek to wszytko rozumem popsował,
A ty wszytki przypadki zwirzęce celował,
Iz snadnie nieme zwirzę w swych sprawach zabłądzi,
A człowiek sie baczeniem a rozumem rządzi.
A do tego rozumu dał jeszcze chuć k temu,
Ktora jedyny ku złemu, drugie ku dobremu.
Mocno wiedzie, a prawie za rogi je wlecze,
A zwyczaj jako furman biczem z tyłu siecze.
Ale widasz u jezdzcow, gdy kon twardej gęby,
Mocno mu więc zelazny załamują zęby.
Takiez rozum na bystrość miałby mieć wędzidło
A nie dać jej swej wolej, jako ine bydło.

Bo ja widzę i w tobie chuć z zwyczajem broi,
Aleć radzę nieboze, niech cie rozum stroi.
Bo jako tę bujną myśl na wolnym wędzidle
Będziesz dzierzał, iście-ć być barzo prędko w sidle.
Bowiem myśl bez rozumu, jako łodz na wodzie,
Jako wiosło upadnie, wnet jej być w przygodzie.
Albo gdy lecowego mocno nie nawiedziesz,
Pewnie-ć gdzie koło złamać, pewnie w las zajedziesz.
Bo jedno takie mądrość swemi dziećmi zowie,
Gdzie wszytki ine członki kłaniają sie głowie.
Azaz tego nie baczysz, kto z rozkoszą chodzi,
Jako go sobie stroi, jako kogo zwodzi.
Iz rozum opuściwszy, uda sie w swą wolą,
Ale wierz mi, w tej łazni prędko tam podgolą.

Bo widzisz pomagacze jakie ma przy sobie:
Kogoć wezmą w opiekę, iście sie zaskrobie.
Bo ta pani z dziecięciem, co podle niej chodzi,
Co to tymi strzałkami na kazdego godzi,
Acz ślepe, ale widzisz, iz przedsię ugadza,
O, nie jednegoz, wierz mi, to fotarlę zdradza.
Toć jest on chytry Wenus, ktora świat zbłazniła,
A nie masz tego stanu, kogo nie zmamiła.
Starzy, młodzi, ubodzy, zacni i krolowie,
Gdzie sie ona pokusi, wnet zawierci w głowie.
A gdy jeszcze dzieciątko tą strzałką rozdrazni,
Alić wszyscy kuglują, alić wszyscy błazni.
Popi, wszyscy biskupi, mniszy, kanonicy,
Sufragani, opaci, poszaleją wszyscy.
Nie pomoze im to nic, choć wiele czytają,
Przedsię naszy, choć ślepi, rozumu z nie mają.
A snadz nie masz na świecie nigdzie tak moznego,
Aby sie miał obronić od tej zdrady jego.

Z drugiej strony Obzarstwo drugie dziecię nosi,
Co to ledwe przed spaniem i głowę podnosi.
Toć jest marne stworzenie. Lenistwem je zową,
Ktore władać nie moze ni czym, ani głową.
A gdy rozum człowieku na to nawięcej dan,
Aby od inych zwirząt był w sprawach rozeznan,
Parzajze, gdy jako wieprz jedno leząc tyje,
Jeślize nie podobien do onej bestyje.
Bochmy nie tak stworzeni, bychmy jedno zarli
A otkawszy brzuch młotem jako świnie marli.
Ale bychmy pomiernie wszego uzywali,
A na wszem sie rozumem w cnotach sprawowali.

A zwAszcza gdy ozralstwem jeszcze sie kto bawi,
Juz nie masz nic tak złego, co sie w nim nie zjawi.
Wszak jawnie w kazdym widasz, kiedy łeb zaleje,
Jeśli lepiej niz dzikie zwirzę nie szaleje.
Wnet tam rozum on wdzięczny juz swoj urząd straci,
Juz sie tam szalona myśl ze wszytkim złym zbraci,
Juz tam zadnej baczności, ani ządnej pamięci.
Kiedy we łbie zaszumi, przestępcie i święci.
Kto sie chce podziwować a patrzyć z przełaje,
Jeśli w ktorym zwirzęciu takie obyczaje,
Azaz tam co ze wstydem w szalonym łbie znajdzie?
By siedział z barnadynem, z kazdym w burdę zajdzie.
Azaz ręce co czynią, albo język mowi,
Aby wzdy co podobno było k rozumowi.
Jednym razem zamruczy a drugi raz szepce,
A czasem jako Bocian, zjadszy zabę, klekce.
Leje, wrzeszczy, kołace, a sklepnice tłucze,
Bo stracił od rozumu i kłodki i klucze.
Więc podrze, więc popluska, a drugie rozdaje,
A kiedy kto nie chce wziąć, tedy mrucząc łaje.
Ale sobie po ranu zasię powracajmy,
Pijanego wieczora dziś nie wspominajmy.
Owa co przez cały rok nan wyrobią chłopi,
To on za jeden tydzien wszytko w brzuchu zatopi.
O, nędznyz to jest zywot człek atakowego,
Ktory powinowactwa zapomni swojego.
Jako iny dziki wieprz, tak lezy w barłogu,
Juz ni ludziom, ni sobie nie godzien, ni Bogu.
Bo sie juz więc tam wszytki smysły pomieszają,
A tez patrz jako wszyscy wdzięczne zdrowie mają.
Ręce drzą, łeb sie trzęsie, a nogi zapuchną,
Ony wdzięczne wonności z gęby, z nosa cuchną.
Owa rownie z nim siedzieć, jako na wychodzie,
A on wszytko pomazał jako świnia w smrodzie.

A przedsię to za rozkosz sobie poczytają.
Otoz masz swoję panią, co jej ten czynsz dają.
Rozkosz lezeć we błocie a tłuc sie pokąciech,
Taczając sie po ścianach, by szkapy w chomąciech.
A przedsię by najlepiej wszyscy poszaleli,
Rano wstawszy, powiedzą, iz byli weseli.
Ano drugi z wesela we łbie sobie skubie,
Barzo mu przeplewiono jakoś włos na czubie.
I tu sie przepleniło barzo na szuprynie,
Na nosie łyska siedzi, a guz na łysinie.

Więc zasię potym z tego wnet lenistwo roście,
ze i głowy nie moze czasem podnieść proście.
Acz jest rzecz przyrodzona człowieku kazdemu,
A nad wszytki rozkoszy to jest pirwsza jemu,
Aby sobie po pracy wdzięcznie odpoczynął,
Aby go tez on frasunk, ktory miał, ominął.
Bo to jest przyrodzenie zwirzęcia kazdego,
Aby odpoczynęło tez czasu swojego.
Bo i orzeł latając bujno pod obłoki,
Kochając sie a patrząc tu na świat szyroki,
Musi upaść na ziemię z czasem odpoczynąć,
Bo by nie to, musiałby kazdy z pracej zginąć.
Bo to wdzięczna rzecz ciału, by odpoczynęło,
A onym snem rozkosznym cichuczko zasnęło.
Nie owak z opiłym łbem, gdy jako wilk chrapie,
Macając podle siebie, kogo znajdzie drapie.
Kaszle, mruczy, wierci sie, łoze pod nim trzeszczy,
A obiema koncoma, co sie ruszy, wrzeszczy.
Rano wstawszy, drze oczy, ano mu zalnęły,
Knafle wiszą na brodzie, co z nosa płynęły.
O, jakiez to rozkoszne tam było wyspanie!
Mogłby go gdzie za węgieł prosić na śniadanie.
Abowiem jakie w panie sprawy i postawy,
Takieby tez miały być właśnie i potrawy.
Bo co wczora pozdno jadł, dawno zrzucił skwarnę,
A nie tylko zająca, mogłby gonić sarnę.
Więc tez nie dba o czeladz, by mu wody dali,
Juz mu dawno pieskowie gębę ulizali.
Bo jako komornicy, pilni go z wieczora,
Nie wątpią nic w odprawie, bo pozdno jadł wczora.
Otoz juz masz opilstwo, otoz masz ospanie,
W ktore cie chciały wyprawić tamty twoje pani.
A niechaj to, naprostszy kto ma rozum, powie,
Jeśli taki podobien namniej k człowiekowi.

Patrzze zasię ochmistrzow, co z twą panią chodzą,
Jeślize tez na świecie co dobrego płodzą.
Abowiem kto rozkoszy w swych czasiech uzyć,
Musi tym dwiema panom pilnie sie przysłuzyć.
Bo więc przy takiej sprawie, pan Fałsz a pan Zdrada,
Chociaj tak stroną chodzą, zamnozy sie rada.
A zawzdy gdzie wziąć tu wziąć, aby kłopotu zbyć,
By więc fałszu przyłozyć, tedy musi nabyć.
Bo juz tam trudno wiernie, juz jeden drugiego
Skubie jako kto moze, patrzaj kazdy swego.
Bo jedni drapią uszy na się poglądając,
A drudzy sie pod stołem nogami tykając.
Więc frymarki, pozyczki, a rozliczną kupią,
Tak więc wzajem, by szkapy parszywe, sie łupią.
Więc zdradzić białogłowę, zdradzić przyjaciela,
Jeszcze sie k temu naśmiać z prostego dubiela,
Mają sobie na rozkosz, lecz ty rozkoszniki,
Mogłby wszytki powziąć na gałęzi łyki.

Patrzajze zasię onych, coć k stołu słuzyły,
Jakie w nich cnoty były, choć sie pięknie pstrzyły.
A po kazdej przezwisku barzo łacno zgadnie,
Bo co umie Łakomstwo, rozeznać to snadnie.
Nuz Pycha z Nieczystotą, wszak je dobrze znamy,
A ich nabozne sprawy tez często widamy.
Nuz co zasię umieją ine towarzyszki,
wszak by za jednym razem mogł potopić wszytki.
A bez tych zadna rozkosz prawie być nie moze;
Strzezze sie tedy pilno, nędzniku nieboze.
Wierz mi, ze cie wywiodą na głębią z miałkiego,
Ani sie sam obaczysz, kiedy skoczysz psiego.
Bo wierz mi, iz z tych kazda bez brzytwy ogoli,
A gdzie kogo uszczypnie, jako wrzod to boli.

A tak moj miły bracie, miej to na baczności,
A uzywaj swych czasow w roztropnej zacności.
Widzisz, ze i Bog takie na swej pieczy miewa,
Kto jego wdzięcznych darow pomiernie uzywa.
A nie tak jako bydlę, co łeb w ziemię tłoczy,
A bezpiecznie ku gorze nie śmie podnieść oczy.
Przypatruj przyszłe rzeczy a wiaruj sie złego,
Gdyś rozumem opatrzon, byś nie stracił tego.
A strzez sie, radzęć pilnie, tych marnych rozkoszy,
Co sie w nich ta pani jako paw kokoszy.
Gdyz nam ty świeckie skarby nie na zbytki dano,
Jedno aby imi tu mądrze szafowano.
A kto, gdzie zle, nie dawa, ten dobrze szafuje,
A tam, gdzie jest poczciwie, iz tez nie załuje.
Bo nam na to nadane ty od Boga dary,
Bychmy ich uzywając na wszem strzegli miary.
Wszak widzisz jako z czasem marnie wszystko ginie,
Jedno co jest poczciwe, to na wieki słynie.
A to przypaść nie moze, jedno z roztropności,
A rozumem sprawionej ślachetnej baczności.
Jać tez juz mam czas ić precz, bo mam ine sprawy,
Proszę cie, sprawujze sie, jako człowiek prawy.
A byś wiedział, z kim mowisz, mnie Minerwą zową,
A zawzdy mie słuchali wszyscy z mądrą głową.
I ty, jeślize sie tez k mej radzie przychylisz,
Poznasz to w krotkim czesie, iz sie nie omylisz.
A jeślićby potrzeba jeszcze wiedzieć czego,
Poślę rano do ciebie synaczka małego,
Ktory, acz jest młodych lat, Racyjo mu dzielą,
Przedsię cie nie zawiedzie zadną złą nadzieją.
Bo oglądasz to dziecię nie z dziecinną głową,
A mozesz sie nacieszyć iście z nim rozmową.
A tu sie z nim namowisz, o czym chcesz po woli,
Bo mnie z zalu i z rzeczy juz i głowa boli,
Iz widzę ten marny świat tak barzo zbłazniony.
A mnozne to nasienie roście na wsze strony.
A tak ja juz cie Bogu poruczam i cnocie,
Ktorą radzę-ć na pieczy miewaj w tym kłopocie.
Juz dobra noc!”

1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (3 votes, average: 1,67 out of 5)


WIZERUNK WŁASNY ŻYWOTA CZŁOWIEKA POCZCIWEGO. Rozdział trzeci – Epikurus - MIKOłAJ REJ