Українська та зарубіжна поезія

Вірші на українській мові



WIZERUNK WŁASNY ŻYWOTA CZŁOWIEKA POCZCIWEGO. Rozdział pierwszy – Ipokrates

Ten pirwszy rozdział zową IPOKRATES,
ktory jakoby czyni rzecz ku swoim dyscypułom,
upominając je, aby naśladowali cnotliwej powinności swojej
a byli pilni dobrego ćwiczenia

Ipokrates on mędrzec a filozof dawny,
Ktory był w swych zacnościach za swych czasow sławny,
Ten człowieczą naturę właśnie rozeznawał,
A przyczyny do kazdej rzeczy słuszne dawał.
Przecz sie tak w dziwnych sprawach narody mieszają,
A w rozlicznych roznościach myśli zawieszają,
Iz gdy co jedny mierzi, podoba sie drugim,
Wywodził to rozumem i rozwodem długim,
Dawając w tym przyczynę złemu przyrodzeniu,
Zwłaszcza ktore nie bywa w poczciwym ćwiczeniu.
Gdyz ćwiczenie na rozum jest by deszcz majowy,
Ktory kazdemu ziołku bywa barzo zdrowy,
Iz po nim zawzdy kazde barzo sporo roście;
Takzeć tez pewnie rozum od ćwiczenia proście.

I tę zawzdy naukę uczniom swym przywodził,
Aby kazdy często z nich do zwierciadła chodził,
A gdy czarność obaczy na twarzy a zmazy,
Aby tez przepatrował i na duszy skazy.
A jeślizeby mu sie co w twarzy nie zdało,
Pomniał, ze to szkodliwsze co wewnątrz przywrzało,
A tego aby pilniej poprawował w sobie.
Gdyz to na wirzchu snadnie leda czym oskrobie.
Przy tym zamyśliwszy sie w tym z pilnością o nich,
Uczynił tymi słowy tę namowę do nich:

Myśl wolna, ozdobiona sławną ślachetnością,
Nie wytrwa, by miała być nikczemną proznością
Zabawiona, gdyz słusze kazdemu stanowi
Swe sprawy wieść, by się wzdy miały k rozumowi.
Bo to, co oczy widzą, wszytko z czasem minie,
Jedno sława poczciwa ta nigdy nie ginie.
Z tej przyczyny przystoi to pięknie kazdemu,
By swe ślachetne sprawy zawzdy wiodł k lepszemu,
Nie tracąc marnie czasu, mając Boskie dary,
Gdyz zawzdy u poczciwych to był zwyczaj stary.
Bo acz jest rzecz straszliwa o to sie pokusić,
Szacować ludzkie sprawy, musi dzwonka ruszyć
I nie trzeba pazdziorka ani prochu w oku
Mieć, a z rejestru stąpać a nie mylić kroku.
Choć kazdy jaśnie widzi, jako sie świat toczy,
Gdyz na nim nic tajnego, sam wszytko osoczy.
A przedsię chociaj prawda dolęze poczciwa,
Wzdy kazdy, jako moze, swe sprawy pokrywa.
Boby rad kazdy taki w szałwiją pokrzywy,
A miedz w złoto obrocił, choć będzie fałsz zywy.
Ale coz rzec: Juz nie lza, jedno na to morze
Tak i bez wiosła płynąć, chociaj zewsząd gorze.
Acz ta rzecz bez przysmakow a dziwnych przymowek
Być nie moze, gdyz pełen świat dziś dziwnych głowek,
Co i omacmie wszytko jako we dnie widzą
A by rzecz najsłuszniejsza, przedsię o niej szydzą.

Acz zasię przewrociwszy kartę z drugiej strony,
Gdzie będzie z poczciwością rozum przyrodzony,
Ten, choć co nietrefnego obaczy, pokrywa,
A w kazdej zacnej sprawie miary swej uzywa.
W tych nadzieję, wzdyć tez są, moze się nie trwozyć,
A wszetecznych szacunki na stronę odłozyć,
Ktorzy bez rozmysłu spraw a zawzdy w swej woli
Uzywają wszetecznie, mając świat po woli.
Bo prawda gdzie swe skrzydła, by orzeł, roztoczy,
Juz fałsz ponuro chodzi, juz łeb w ziemię tłoczy,
Prawie jako pustołka nisko pod nią lata,
A motyle, zywiąc sie, kędy moze, chwata.
Gdyz ona jest w obronie nie leda mozności,
Tej broni i tak sie zwał on Pan z wysokości,
Ktory zawzdy nawięcej tym obrazon bywa,
Kiedy kto prawdę niszczy a fałszu uzywa,
Ktory zawzdy głośno brzmi jako dzwonek w worze,
Skacząc jako głodny kot po pustej komorze.

A tak, Boze wszechmocny, z niebieskiej mozności,
Ktorego świat i niebo pełno wielmozności,
Co świadczy miesiąc, gwiazdy i jasność słoneczna
Jaka jest twa dziwna moc a bez konca wieczna!
Patrząc na jego zorze w pięknej czerwoności,
Gdy wynika z morskich wod a gor wysokości,
Oświecając a przyszły dzien wdzięczny sprawując,
Łaskę twą i pociechę tu wszytkim winszując,
Zaziębłość nędznej ziemie mile zagrzewając,
A jej śliczne zywioły prawie ozywiając.
Miesiąc tez takze wszytkim pracującym w nocy
Jako jest z twojej łaski na wielkiej pomocy!
Zaz spracowany oracz nie nadobnie śpiewa,
Robiąc w jego jasności, pracej swej ulzywa?
Zaz on podrozny, jadąc w nocy w tej jasności,
Nie uzywa rozkoszy, widząc odmienności
Na powietrzu, na gwiazdach, a dnia sie nadziewa?
Z weselem “Christe qui lux es et dies” śpiewa
Wspomniawszy obietnice wierne bostwa twego,
Iz ten zawzdy bezpieczen upadku kazdego,
Kto wiernie bostwu twemu dufa, a w stałości
Porucza swoje sprawy twej Boskiej mozności,
Gdyześ go swym anjołom tak w opiekę zwierzył,
By sie snadz i o kamyk nigdy nie uderzył..

Nuz pozrzawszy na rozkosz świata obłędnego,
Gdy uzrzemy ze wszech stron dziwne sprawy jego:
Ano z dziwnemi kstałty ptaszkowie latają,
A twą cześć rozlicznemi głosy wyznawają;
Drzewa sie rozkwitają w pięknej zieloności,
Dawając wdzięczny owoc ku ludzkiej zywności;
Kwiateczki sie roztrząsły po szyrokiej ziemi,
A kazdy w roznych farbach dziwnie piękność mieni,
Dawając z siebie dziwne rozliczne wonności,
Takiez rozne owoce przyjemnej wdzięczności,
Żywność i smak zwierzętom ku ich pozywieniu,
I inych wiele rzeczy nam ku pocieszeniu.
A gdyz cie w dziwnych sprawach tak wyznać musimy,
A ześ nam Bog łaskawy, tak sobie tuszymy.
Nic nie trudno, kto zacznie co w twe święte imię,
Gdyz pewna, iz ktoć dufa, nigdy nie zaginie.
Bowiem to zacząć, co ma tknąć stanu kazdego,
Podobno jest przygodam morza burzliwego:
Kto sie w nim i tam i sam na wsze strony chwieje,
A gdzie przypaść do brzegu, niepewnej nadzieje.
Ano sie rwą powrozy, zagle sie padają,
Kotwice do dna płynąc ledwe dostawają.
Tu nie lza w złej nadzieji jedno deszczkę chwytać,
Bo się tam do przyjacioł barzo trudno pytać.

Lecz iz sie terazniejsza sprawa prawie ciągnie,
Za onym zacnym gniazdem, gdzie sie cnota lągnie,
Juz bezpiecznie pioreczko za nią moze płynąć,
A gdzie sie ona kąpie, przy niej sie ochynąć.
Gdyz i zacni przodkowie minęłego wieku,
Widząc, iz nic milszego nie ma być człowieku
Po łasce Pana swego nad sławę poczciwą,
Ktora czyni kazdemu wiecznie pamięć zywą,
Nawięcej sie tym pismem tu zawzdy parali,
Ktorym światu powinność jego przytaczali.
Bo nic na tym, chocia kto majętność utraci,
Zawzdy bogat i zacny, gdy sie z cnotą zbraci.
Bowiem choć na mały czas w dobrym mieniu zginie,
Przedsię jego zacny stan zawzdy o nim słynie.
W krotkim czasie zawzdy ji wzgorę wynieść musi,
Bo zadne niepoczciwe on sie nie pokusi.
A skądze to ma przypaść dziś w tej omylności,
Kto by chciał przyć k tym sprawam a k tej wiadomości?
Nie lza, jedno pisma czyść a sprawy brakować,
A tym co poczciwszego, zawzdy sie sprawować.
Tam najdziesz, jak omylny świat w swych sprawach broił,
A jako dziwnie w ludzioch zawzdy błędy stroił,
Jedny przywodząc k cnotam a drugie w łotrostwo,
Wprawując jedny w zacność a drugie w ubostwo.
Abowiem kto z pilnością to uwazać będzie,
Kazdy stan by w zwierciedle moze baczyć wszędzie.
Na koniec by tez był tak rozumu tępego,
Izby mogł mieć i osła stryja rodzonego,
Gdy uwazy odmienność dzisiejszego świata,
Ktora sie, ach niestotyz, w terazniejsze lata
Tak szyroce rozniosła w wielkiej omylności,
Że prawda potłoczona, bujają chytrości.

Naśladujze jedno tych, ktorzy w swej zacności
Wiedli zawzdy swe stany w zacnej poczciwości.
Tam, wierz mi, nieomylnie we wszytkim sie sprawisz,
Jako na wszem swych stanow i herbow poprawisz.
Abowiem gdy juz cnota gdzie swe gniazdo zacznie,
Wnet sie jej skutki zjawią a okazą znacznie.
Ba, niech będzie niedbalec, leniwiec, plugawy,
Alić z niego po chwili Eurialus prawy.
Niech tez będzie opilec, karczemnik i zwajca,
Wnet gdy go cnota ruszy, ali z niego rajca.
Tępość, bojazn, marna myśl, wszytko to zaginie.
Uzrzysz, az z nikczemnika z cnoty Hektor słynie.
Bo ta umie w poczciwość kazdego przystroić,
A nie kazdy tych strojow umie krawiec skroić.
Ta sobie i potomstwu umie sławę zjednać,
A rzeczy niepoczciwych uczy sie odzegnać.
Dziwnemi ta przysmaki swe kochanki tuczy,
Przypadłość przyszłych rzeczy rozeznawać uczy,
Dodawając kazdemu zacności a sławy,
A znać więc wszytki takie jako kury z pawy.

Bo acz jest rzecz osobna, kiedy przyrodzenie
Pięknie więc i kstałt komu i urodę mieni,
Iz cudna twarz błyszcząc sie rumianem z białości,
Oczy k temu okazą rozliczne wdzięczności.
Krok, pochod, kstałt, postawa, i ine przysmaki,
Okazują zacności jednak jakie znaki.
Lecz to przedsię bez cnoty na głogu jagody,
Bo gdy sie do nich wspinasz, mnimasz, by na gody
Ano przedsię głog drapie i jagoda twarda;
Takzeć uroda piękna a postawa harda,
Kiedy cnoty nie zstanie, tez jako głog drapie.
A gdy jeszcze podkowy onej dzikiej szkapie
Osłabieją, juz taki i na pisaku padnie,
Bowiem mu sie zatoczyć przydzie barzo snadnie.
Ale kto sie na ocel da cnotą ukować,
Juz i na gołoledzi moze tym harcować.

Bo choć będzie krzywy nos, oszemłana broda,
By tez i ku wilkowi podobna uroda,
A folga przedsię będzie podprawiona cnotą,
Moze to bezpiecznie zwać wenecką robotą.
Bo gdy tej nie dostanie, juz sie kazdy kręci,
Stojąc jako dziki wieprz prawie bez pamięci.
Juz wszędy nadsłuchawa, kiedy gdzie kto szepce,
Zda mu sie wszytko o nim, piętą stojąc depce,
Kołnierza poprawuje a czapki potrząsa,
Poglądając w kazdy kąt, wargi sobie kąsa.
Ale bezpieczne serce w poczciwej zacności
Stoi, nie trwoząc sie nic, w zadnej omylności.
Żaden mu czas nie straszen, zaden stan nie grozny,
Chociaj więc sądzi, zdawa, chociaj woła wozny.
Nigdy go nic nie ruszą zadne trudne sprawy,
Gdy on zywie poczciwie jako człowiek prawy.
A nikomu nigdy nic nie zostawa winien,
Jedno to co przysłuszy, tego zawzdy pilen.

A tego by ślachetnym mogł nazwać bezpiecznie,
Bo ten jedno ma gody a wolną myśl wiecznie.
Tego sobie poczciwi palcem ukazują,
Gdy widzą; ano drudzy łotrom pochlebują.
A k temu jeszcze pewien i Panskiej opieki,
Gdyz on wszytkich takowych jest strozen na wieki.
A iście nie dopirko to na świecie słynie,
Iz zadnemu wiernemu włos z głowy nie zginie.
Ani grom, ani piorun nie ruszy takiego,
Gdyz wie, iz jest w obronie wszytek Pana swego.
Ale zły, iz na sie wie zawzdy co sprosnego,
Maca skobli, potrząsa wrzeciądza słabego.
Juz zawzdy łosiej skory pociąga na brzuchu,
Juz siekiera za pasem, juz pies na łancuchu.
Pilnie pyta ślosarza, ma – li mocną kłodkę.
Buława mu tez stoi za rodzoną ciotkę,
A jako w własnym stryju nadzieja w granacie,
A z barchanu natkanym zgrzebiami kabacie.
Więc nie wiem, zywot li, albo jaka rozkosz.
A snadz mało nie lepsza ma pod strzechą kokosz,
Ktora sobie po śmieciach pochadzając gdacze,
A wygrzebszy ziarneczko, polatując skacze.
A nasz jako wilk w jamie umizga sie siedząc,
Bo niebezpieczen chodząc, niebezpieczen jedząc.
Ano by to jeszcze nic, gdyby z pełna sława,
Ale i o tej przy tym zawzdy szpetna sprawa.

A tak oni mędrkowie, co wypisowali
Rozliczne świeckie burdy: i jako pływali
Po morzu, i gdzie Scylla i Karybdys bywa,
I jakich strachow kazdy tam będąc uzywa,
Jakie ryby i dziwny tam sie okazują,
I jako marynarze z okręty harcują,
Jako Wenus błazniła prostaki na świecie,
Jako Kupido strzelał to swe głupie kmiecie,
Jako broił Herkules, kiedy zabił hydrę;
Ano dziś i prosty chłop tez zabije wydrę.
Owa niebo i ziemia pismy podkreślali,
Okazując rozumy, dziwy wymyślali.
A zbiegali na świecie omylności wszytki,
Szukając, aby z tego rosły im pozytki.

Ano zaden pozytek więtszy być nie moze,
Byś nie nabarzej wspinał z rozumem, niebozę,
Jedno co cnoty uczy a wdzięcznej skromności;
Na to by nie litować pracej ni trudności,
A to ludziom przywodzić nędznym ku pamięci,
Co razem i dobrą myśl, i duszę poświęci.
Bo są w narodzie ludzkim smaczne ty trzy rzeczy,
A iście je kazdy stan miałby mieć na pieczy:
Pozyteczne, rozkoszne a poczciwe k temu,
Lecz poślednie ma milsze być ze wszech kazdemu.
Bo wszytki ine sprawy pełne omylności,
Jedno to na wieki trwa, co jest z poczciwości.
A o tym by snadz wszyscy pisać i czyść mieli,
Czym by w poczciwej sławie na wieki słynęli.
Bo co jest, iz kto pisał Wenusowe błędy,
Kupidowe zastrzały, Parysowe sądy,
Ony listy gamrackie, co sobie pisali
Ci, co tu w wszeteczenstwie świata uzywali?
Nic, jedno tym pomoze niewinne młodości,
Ktorzy jeszcze nie znali zadnej wszeteczności,
Iz czytając ty sprawy, takiez sie w nich ćwiczy,
A zacne przyrodzenie ostatka dozyczy,
Ktore w bujnej młodości by wirzbowa witka,
Kędy ją chcesz nachylić, tędy roście wszytka.

Aleby tak snadz kto rzekł, iz zacni stanowie,
Gdy nie mają co czynić, czytają to sobie,
By sie po trudnych sprawach wzdy tez pocieszyli,
A wzwiedzieli wszytek świat, gdzie sami nie byli.
Ale by ci baczyli, co na nich zalezy,
Snadzby to opuścili, z czym prędko czas biezy.
A lepiej by sie uczyć takich przystojności,
Ktoremi by swoj stan wieść w zacnej poczciwości.

Bo jeszcze nie tak dziwno, gdy mały stan błądzi,
A iz go przedsię cnota z poczciwością rządzi.
Ale kiedy ow bałwan na świat wysadzony,
Ktorego oczy widzą i z dalekiej strony,
A uszy o nim słyszą, języki wołają,
Ony jego wszeteczne sprawy roznaszają,
To jest gorsze nizli wrzod, nizli scyjatyka,
Gdy po światu roznoszą marnego nędznika,
Ktory miał być przykładem inym w poczciwości;
Ano piosnki śpiewają o Jego Miłości.

O, nędzaz to fortuna, kogo tak rozpieści,
Natkawszy pełne kąty wszędy przypowieści
Marnych o jego stanie, po światu rozniesie;
Ledwe o nim nie wyją czasem wilcy w lesie.
A coz im to sprawuje? Jedno złe ćwiczenie
A małe na swe stany poczciwe baczenie.
Juz on mnima, gdy panem, iz jest Plato prawy.
Ano wyborny Dromo, kto zna jego sprawy.
Mnima, iz gdy chce, moze rozumu pozyczyć.
Anoby sie nieboze lepiej własnym ćwiczyć,
By sie i drudzy potym od ciebie uczyli,
A tej pustej stodoły darmo nie tuczyli.
Bo co jest srebro, złoto, altembasy, szaty,
Ściany pięknie obite rozlicznemi płaty,
A w nich siedzi idolum, by w karmniku kiernoz;
Przystojniej by mu czasem dzwignąć ze błota woz.
Rownie jako na osła, gdy z złotym forbotem
Włozą piękny rząd srebrny, wszytko spluska błotem,
Takiez nasz miły duszka, gdy ze pstremi bramy
Siędzie, wszytko popluska; wszak je dobrze znamy.
Nie pomoze nic świni, by szła w złotohławie.
Przedsię ona do błota a zawzdy w złej sławie.
Takze bogacz nadęty a nic k rozumowi
Podobien ku brzmiącemu grochem pęcherzowi.

Bo i szara sukienka, kiedy w poczciwości,
Nadobnie umie zdobić kazdego zacności.
Bo pokornie malują cnotę, nie w sajanie;
A zda mi się, iz u niej bramy barzo tanie.
Acz i bram poczciwemu nigdy nie zawadzi,
Lecz to barzo szpetny wzor, kto swą cnotę zdradzi,
Co narychlej przypada z pieszczoty wszetecznej,
Ktora na małej pieczy miewa sławy wiecznej.
Bo kazdy baczyć moze, co więc z tego roście,
A prawie k rozumowi nie potrzebni goście:
Bujna myśl a wzgardzenie, nadętość a prozność,
A to wszytko z rozumem, wierz mi, wielka rozność.
Bo kogo juz więc nazbyt fortuna rozpieści,
Juz więc tam płocho w głowie, juz trwoga bez wieści.
Abowiem kto chce prawym rozumem szafować,
Juz tam trzeba czujniej spać a rzadko proznować.
Bo praca zawzdy chce mieć przypadłe pozytki,
Co jest na małej pieczy, gdzie są na wszem zbytki.
Lezy rozwaliwszy brzuch, myśli albo brząka,
Ledwe az sie jeść zachce, toz jako wieprz krząka.
Ano iście nie trzeba pieszczoty leniwej,
Kto chce zamki ubiezeć do cnoty poczciwej.
Łacnoć z Owidyjuszem, kiedy o miłości
Przeczytasz jego błędne świeckie wszeteczności.
Albo i Wergiliusz, gdy wiedzie z przełaje
Ony dziwne fabuły, co je baba baje.
Czym sie więc młody rozum prawie zamieszawa,
Gdy opuści prawy grunt a w plotki sie wdawa.
Albo inszy kuglarze, co tego na świecie
Napisali z szumnych łbow, az sie myśl zaplecie.

Bo rozum ma ostry nas a skrzydła szyrokie,
A jako bujny orzeł lata pod obłoki
A nie bawi sie nigdy nic plotkami znacznie,
A barzo ji snadnie znać, gdzie swe gniazdo zacznie.
Bowiem kazdą skrytą myśl snadnie wyda mowa,
Gdyz zawzdy gęba plecie, o czym myśli głowa:
Oracz zawzy o pługu z trzosłem, o lemieszu
Mnich takze o kapicy, o trepkach, o pleszu.
Rycerz z tarczą a z drzewem wnet na plac wyjdzie,
A kazdy więc swą porze na kazdej biesiadzie.
Myśliwiec tez z ogary, z rarogi a z charty
Jedzie na plac, choć szkapie będzie grzbiet odarty.
Marynarz zagle toczy, kotwic poprawuje,
A kazdy z tym, co umie, po placu harcuje.
Owa sie nie utai nigdy w worze szydło;
Kazdy tego, co umie, nie puści na skrzydło.

A tak tym zamieszaniem siła młodych głowek,
Nabrawszy w młody rozum niepotrzebnych słowek,
Teraz tym, teraz owym myśl sobie zakręci,
Az czasem razem wszytko wynidzie z pamięci.
Abowiem, co chce, z wosku barzo snadnie zlepi. –
Takze tez są odmienne młodej głowy sklepy.
Ale gdy wdzięczna młodość w to bywa wprawiona,
Czym by potym jej zacność była ozdobiona,
A z młodu jako pczołka na tych ziołkach drobnych
Zbiera, co k rozumowi, w naukach podobnych,
Juz więc potym kiedy sie bezpieczniej rozlała,
To juz i po wysokich drzewach sobie trzpiała,
A snadnie juz dochodzi onych wiadomości,
Skąd przychodzą ślachetnych stanow poczciwości.
Juz i ziemię i niebo snadnie umie zbiegać
A kazdą rzecz wątpliwą rozumem rozeznać.

Skąd więc rostą powagi, rostą i pozytki,
Cnoty sie zamnazają, a niszczeją zbytki.
A tak więc przychadzają ku onej zacności,
W ktorej fałszu nie bywa ani omylności,
Jedno szczyra ślachetność a ona cna cnota,
Ktora i dyjamenty, i błyszczące złota,
Gdyby była na wadze, barzo z kloby mija,
A prawie swa zacność, az niebo przebija.
Bez ktorej sie ślachetnym zaden nie moze zwać,
A ta jedno bezpiecznie umie nas rozeznać
Od onych błędnych zwirząt, ktore chodzą z rogi,
A prawie nas ziemskiemi na wszem czyni bogi.
A gdy k temu rozumem będzie ozdobiona,
Nie inaczej, by perła złotem osadzona.
Juz sie więc na wsze strony świeci w swej jasności
A daleko sie błyszczą jej sławne zacności
Ale kto ją tez zasię ozdobiwszy złotem,
Przysadziwszy piękny smalc i popluska błotem,
Juz sie mieni jej zacność w onym marnym smrodzie,
Jakoby zacny smarag powiesił w wychodzie,
Albo gdy w pięknym gmachu marnym dymem kurzą,
Albo gdy jasne słonce zajdzie szpetną burzą.
Takze rozum bez cnoty, gdzie sie zamnozy,
Pospolicie ku złemu barziej sie zatrwozy.
Juz sie więc jego strzelby na wspak obracają,
A gdzie barzej obrazić, tu miejsca macają.

A kiedy ji więc kto zmiesza z poczciwością
A nie da sie uwodzić wszeteczną chciwością,
Przyczytając kazdemu, co komu nalezy,
Ten zawzdy zawod wygra, bo z drogi nie zbiezy.
A iz k temu swą sławę chowa sprawiedliwie,
Ni z kim nie jest obłudnie, lecz z kazdym prawdziwie.
Blask od złota nie ćmi mu poczciwego wzroku
A od cnej powinności nie zstąpi na kroku.
Język ma w posłuszenstwie, na szrot go nie puszcza
I drugiego k złym sprawam nigdy nie poduszcza.
Szkodliwie nic nikomu nigdy nie zaszkodzi,
Owszem aby wszem słuzył, zawzdy na to godzi.
Upadłego w przygodzie, czym moze, ratuje
A na wszem onę jasną szczyrość okazuje.
A ktoz by mogł takiego naganić prawdziwie,
Ktory by zył w tak zacnych zwyczajoch poczciwie?
Chybaby sie, nie wstydał ni ludzi, ni Boga
A musiałaby pewnie być tam we łbie trwoga.
By tez zrosły u bydła albo był pasterzem,
Przedsię go u swej cnoty moze zwać kanclerzem.

A kiedy jeszcze k temu nauka przypadnie,
Juz ono przyrodzenie jeszcze więcej zgadnie,
Jakiemi sie przypadki ma cnota ozdobić
I jakiemi jej pokoj spalerami obić.
Bo acz kon cudne zwirzę, kiedy bystro kroczy,
Ale gdy w pięknej uzdzie, jeszcze bujniej skoczy.
Albo i białagłowa, gdy brwi zafarbuje,
Juz więc sobie w taneczku bujniej poskakuje.
Bo więc i miedz, gdy będzie pięknie pozłocona,
Albo folga pod prosty kryształ podprawiona,
Juz kazda rzecz zacniejsza ozdobiona bywa
A juz sie tej nikczemność pięknością pokrywa.
Takzeć cne przyrodzenie cnotą ozdobione,
Gdy k temu naukami będzie przystrojone,
Wiele moze podparte być tym przyrodzenie,
Gdyz kazdemu stworzeniu potrzebne ćwiczenie.
Bo zwyczaj złej natury siła złamać moze,
A gdy sie z dobrą zmiesza, więcej jej pomoze.

Bo i owa tablica siła przed tą miewa,
Ktora tak goło wisi, co pisana bywa.
Bo sie gołą tablicą tak nasz rozum rodzi
A co na niej napiszą, to juz więc z tym chodzi.
A jako paw przed kury w pierze ozdobiony,
Tak sie tez przed prostaki szyrzy nauczony.
Bo jedno ma z ćwiczenia, z przyrodzenia drugie,
A na kazde postępki ma świadectwa długie.
A tak to jest kazdemu, kto sie jedno baczy
A kogo wzdy rozumem szczęście ozdobić raczy,
Nade wszytko przystojnie, aby sie tym parał,
Czym by w sobie swowolne sam myśli pokarał.
Bo to rozum nawiętszy, kto sie sam doznawa
A to, co mu przystoi, pięknie rozeznawa.
Czego acz z przyrodzenia czasem wiele znajdzie,
Ale bezpieczniejszy krok ku onej cnej prawdzie,
Kto ją umie rozeznać: jednę część z nauki,
A drugą z przyrodzenia, nie ledać to sztuki.

Ale gdzie sie zaś upor zaplecie w rozumie,
Wielki gwałt przyrodzenia zawzdy czynić umie.
A prozno sie takowy ma mądrym nazywać,
Kto w tym burzliwym morzu bez wiosła chce pływać.
I nie zawzdy tam będzie, gdzie myśli w tej stronie:
Zapłynąwszy na głębię, barzo rad utonie.
Bo zawzdy więc takowy musi sie obłądzić,
Co sie uporu swemu da tak na wszem rządzić.
Juz tam mało rozumu, gdzie upor panuje
A, by nalepsze sprawy, opak on nicuje.
Wszyscy namędrszy ludzie takiemu zawadzą,
Choć mu czasem nalepiej i na dobre radzą.
A gdy sie zadnemu on w tym nie da hamować,
Tam rozum uporowi musi ustępować.
A barzo to jest sroga dziś na wszytki wędka,
Upornie w rzecz wskakować bez rozumu, z prędka.
Więc tez snadz ani wiedzy tacy, jako giną,
Bo upornych myśli ich przygody nie miną.
A kazdy im bezpieczniej w swym uporze chodzi,
Tym rychlej nie obaczy, gdzie w siodło ugodzi.
Lecz gdzie poczciwy rozum dawa sobie radzić,
Temu zadna przygoda nie moze zawadzić.
Bo łacno przyć ku kresu, kto sie da nauczyć,
I bezpiecznie we wszytko ten moze utuczyć.
A nadobna to w kazdym jest zawzdy przysada,
Gdzie sie złącza z rozumem na wszem mądra rada.

A tak gdyz ty klenoty tak zacne baczycie,
Dzierzcie sie ich, radzę wam, potym obaczycie.


WIZERUNK WŁASNY ŻYWOTA CZŁOWIEKA POCZCIWEGO. Rozdział pierwszy – Ipokrates - MIKOłAJ REJ