Українська та зарубіжна поезія

Вірші на українській мові


Spowiedz poety

Kiedy za oknem śnieg proszy
Lub szemrzą jesienne deszcze,
Naowczas w głąb własnej duszy
Chmurni wpatrują się wieszcze.

Myśl ich szybuje skrzydlata
Hen, nad wszechbytu gdzieś progiem,
A duch wyniosły się brata
Z sobą jedynie i z Bogiem.

Rozwiej się jakaś otwiera
Nad niebios błękity szersza –
A skutek: u Gebethnera,
Po kop. pięćdziesiąt od wiersza.

I mnie, choć biorę mniej siono,
Zdarza się w nocy czy za dnia,
Ze lica zarem mi spłoną,
Gdy duch sam siebie zapładnia;

Ze lecę w nieziemskie kraje
Ze skrzydeł dwojgiem u ramion,
I krotko mowiąc, doznaję
Natchnienia klasycznych znamion.

Lecz, ach, gdy pruję powietrze,
W sferyczną wsłuchany ciszę,
I duch moj zwolna na wietrze
Nad jaznią mą się kołysze,

Gdy spojrzę z kresow wieczności
Na moją nędzę przyziemną,
Gorzki zal w piersi mej gości
I w oczach od łez mi ciemno.

Im blizej mi juz do granic
Przelotnej ziemskiej pielgrzymki,
Tym bardziej w sercu mam za nic
Te moje mizerne rymki;

Młodości rozmach bezczelny
W chłodną rozwagę się zmienia
I w duszy, przedtem tak dzielnej,
Lęgną się hydry zwątpienia;

Myśli w pytajnik się piętą
I w głowie zamęt mi czynią,
Czy jestem bozym poetą,
Czy tylko zwyczajną świnią?…

Czy jestem tanczącym faunem
Na gaju świętego zrębie,
Czy tylko cyrkowym klaunem,
Co sam się pierze po gębie?…

Czym owoc duszy mej rodził
W zywota poboznych mękach,
Czym tylko figlarnie chodził
Po jasnym świecie na rękach?…

Czy, jak mi radził pan Galie,
Byłem jak Byron i Dante,
Czy tylko w pustoty szale
Składałem śpiwki galante?…

I duch moj sztywne ramiona
Pręzy w mrok szary i mglisty,
I w piersiach łka coś i kona,
I chwytam za papier czysty.

Po głowie mi się coś roi,
W sercu coś kwili, coś gęga,
I śnię juz w tęsknocie mojej,
Ze się coś “serio” wylęga.

Ale na prozno się silę,
Czas trawię na wzlotow probę,
Na papier płyną co chwilę
Słowa niechlujne i grube.

Wdzięczą się do mnie tak świeze,
Jak piersi młodych dziewczątek,
I chęć obłędna mnie bierze
W mych natchnien wcielić je wątek.

Szeregiem mienią się długim,
Niby błyszczące klejnoty,
I chciałbym, jedno po drugim,
Na łancuch niząc je zloty.

Kuszą mnie czarem niezdrowym:
Im ktore z nich jest plugawsze,
Tym bardziej w kształcie spizowym
Chciałbym je zakuć na zawsze.

I patrzę na swoje płody,
I ządzą przewrotną płonę,
I ryczę jak Orang młody,
Gdy gwałci polską matronę.

Prozno się kajam i bronię,
Dręczony pokus torturą,
Prozno w drog mlecznych ogonie
Oczyścić chciałbym me pioro,

Archanioł, co z mieczem stoi
Przy świętym poezji chramie,
Nie wpuszcza piosenki mojej
I mowi: “Pojdziesz, ty chamie!”

I tak się tułam po świecie,
I zal, i smutek mnie dławią,
Żem jest jak nieślubne dziecię,
Z ktorym się grzeczne nie bawią…

Trudno, choć dola ma twarda,
W bezsilnej miotać się złości:
Zostaje dumna pogarda
Lub apel do potomności;

A jeślim gwary ojczystej
Choć jeden przysporzył klawisz,
Ty mnie od hanby wieczystej,
O mowo polska, wybawisz!

Spowiedz poety - TADEUSZ BOY-ŻELEnSKI