Українська та зарубіжна поезія

Вірші на українській мові







Tren XIX – albo Sen

Żałość moja długo w noc oczu mi nie dała
Zamknąć i zemdlonego upokoić ciała ;
Ledwie mię na godzinę przed świtaniem swymi
Sen leniwy obłapił skrzydły czarnawymi.
Natenczas mi się matka włamie ukazała,
A na ręku Orszulę moję wdzięczną miała,
Jaka więc po paciorek do mnie przychodziła,
Skoro z swego posłania rano się ruszyła.
Giezłeczko białe na niej, włoski pokręcone,
Twarz rumiana, a oczy ku śmiechu skłonione.
Patrzę, co dalej będzie, az matka tak rzecze:
“Śpisz, Janie? czy cię załość twoja zwykła piecze?”
Zatym-em cięzko westchnął i tak mi się zdało,
Żem się ocknął. – A ona, pomilczawszy mało,
Znowu mowić poczęła : “Twoj nieutolony
Płacz, synu moj, przywiodł mię w te tu wasze strony
Z krain barzo dalekich, a łzy gorzkie twoje
Przeszły az i umarłych tajemne pokoje.
Przyniosłam ci na ręku wdzięczną dziewkę twoją,
Abyś ją mogł oglądać jeszcze, a tę swoją
Serdeczną załość ujął, ktora tak ujmuje
Sił twoich i tak zdrowie nieznacznie twe psuje,
Jako ogien suchy knot obraca w perzyny,
Darmo nie upuszczając namniejszej godziny.
Czyli nas juz umarłe macie za stracone
I ktorym juz na wieki słonce jest zgaszone?
A my, owszem, zywiemy zywot tym wazniejszy,
Czym nad to grube ciało duch jest szlachetniejszy.
Ziemia w ziemię się wraca, a duch, z nieba dany,
Miałby zginąć ani na miejsca swe wezwany?
O to się ty nie frasuj, a wierz niewątpliwie,
Że twoja namilejsza Orszuleczka zywie.
A tu więc takim ci się kształtem ukazała,
Jakoby się śmiertelnym oczom poznać dała.
Ale między anioły i duchy wiecznymi
Jako wdzięczna jutrzenka świeci, a za swymi
Rodzicami się modli, jako to umiała
Z wami będąc. choć jeszcze słow nie domawiała.
Jeslizeć tez stąd roście załość, ze jej lata
Pierwej są przyłomione, nizli tego świata
Rozkoszy zazyć mogła? O biedne i płone
Rozkoszy wasze, ktore tak są usadzone,
Że w nich więcej frasunkow i załości więcej!
Czego ty doznać mozesz sam z siebie napręcej!
Ucieszyłeś się kiedy z dziewki swej tak wiele,
Żeby pociecha twoja i ono wesele
Mogło porownać z twoim dzisiejszym kłopotem?
Nie rzeczesz tego, widzę! Takze trzymaj o tem,
Jakoś doznał, ani się frasuj, ze tak rana
Twojej ze wszech namilszej dziewce śmierć zesłana!
Nie od rozkoszyć poszła; poszłać od trudności,
Od pracej, od frasunkow, od łez, od załośni,
Czego świat ma tak wiele, ze by tez co było
W tym doczesnym zywocie człowieczenstwu miło,
Musi smak swoj utracić prze wielkość przysady,
A przynamniej prze bojazn nieuchronnej zdrady.
Czegoz płaczesz, prze Boga? Czegoz nie zazyła?
Że sobie swym posagiem pana nie kupiła?
Że przegrozek i cudzych fukow nie słuchała?
Że boleści w rodzeniu dziatek nie uznała?
Ani umie powiedzieć, czego jej troskliwa
Matka doszła : co z więtszym utrapieniem bywa,
Czy je rodzić, czy je grześć? – Takieć pospolicie
Przysmaki wasze, czym wy sobie świat słodzicie! –
W niebie szczere rozkoszy, a do tego wieczne,
Od wszelakiej przekazy wolne i bezpieczne;
Tu troski nie panują, tu pracej nie znają,
Tu nieszczęście, tu miejsca przygody nie mają,
Tu choroby nie najdzie, tu nie masz starości,
Tu śmierć, łzami karmiona, nie ma juz wolności.
Żyjem wiek nieprzezyty, wiecznej uzywamy
Dobrej myśli, przyczyny wszytkich rzeczy znamy.
Słonce nam zawzdy świeci, dzien nigdy nie schodzi
Ani za sobą nocy niewidomej wodzi.
Tworcę wszech rzeczy widziem w jego majestacie,
Czego wy, w ciele będąc, prozno upatrzacie.
Tu w czas obroć swe myśli, a chowaj się na te
Nieodmienne, synu moj, rozkoszy bogate!
Doznałeś, co świat umie i jego kochanie;
Lepiej na czym wazniejszym zasadz swe staranie!
Dziewka twoja dobry los, mozesz wierzyć, wzięła,
A własnie w swoich rzeczach sobie tak poczęta,
Jako gdy kto, na morze nowo się puściwszy,
A tam niebezpieczenstwo wielkie obaczywszy,
Woli nazad do brzegu. Drudzy, co podali
Żagle wiatrom, na ślepe skały powpadali;
Ten mrozem zwycięzcny, ten od głodu zginął,
Rzadki, co by do brzegu na desce przypłynął.
Śmierci zniknąć nie mogła, by tez dobrze była
Onę dawną Sybillę wiekiem swym przezyła.
To, co mimo być potym, uprzedzić wolała;
Tymze mniej tego świata niewczasow doznała,
Drugie po swych namilszych rodzicach zostają
I cięzkiego siroctwa, nędzne, doznawają.
Wypchną drugą za męza leda jako z domu,
A majętność zostanie, sam to Bog wie komu.
Biorą drugie i gwałtem, a biorą i swoi,
Ale i w hordach część się wielka ich zostoi,
Gdzie w niewoli poganskiej i w słuzbie sromotnej
Łzy swe piją czekając śmierci wszytkokrotnej.
Tego twej wdzięcznej dziewce bać się juz nie trzeba,
Ktora w swych młodych leciech wzięta jest do nieba
Żadnych frasunkow tego świata nie doznawszy
Ani grzechem dusze swej drogiej pomazawszy.
Jej tedy rzeczy, synu – nie masz wątpliwości –
Dobrze poszły, ani stąd uzywaj załości! –
Swoje szkody tak szacuj i omyłki swoje,
Abyś nie przepamiętał, ze baczenie twoje
I stateczność jest drozsza! W tę bądz przedsię panem,
Jako się kolwiek czujesz w pociechy obranem.
Człowiek urodziwszy się zasiadł w prawie takim,
Że ma być jako celem przygodom wszelakim;
Z tego trudno się zdzierać! Pocznimy, co chcemy,
Jesli po dobrej woli nie pojdziem, musiemy,
A co wszystkich jednako ciśnie, nie wiem, czemu
Tobie ma być, synu moj, nacięzej jednemu.
Śmiertelna jako i ty twoja dziewka była;
Poki jej zamierzony kres był, poty zyła.
Krotko wprawdzie! ale w tym człowiek nic nie włada,
A wyrzec tez, co lepiej, niełacno przypada.
Skryte są Panskie sądy; co się Jemu zdało,
Nalepiej, zeby się tez i nam podobało.
Łzy w tej mierze niepłatne; gdy raz dusza ciała
Odbiezy, prozno czekać, by się wrocić miała.
Ale człowiek nie zda się praw szczęściu w tej mierze,
Że szkody pospolicie tylko przed się bierze,
A tego baczyć nie chce ani mieć w pamięci,
Co mu tez czasem padnie wedle jego chęci.
Tać jest władza Fortuny, moj namilszy synie,
Że nie tak uskarzać się, kiedy nam co zginie,
Jako dziękować trzeba, ze wzdam co zostało,
Bo to wszytko nieszczęście w ręku swoich miało.
A tak i ty, folgując prawu powszechnemu,
Zagrodz drogę do serca upadkowi swemu
A w to patrzaj, co uszło ręki złej przygody;
Zyskiem człowiek zwać musi, w czym nie popadł szkody
Na koniec, w co się on koszt i ona utrata,
W co się praca i twoje obrociły lata,
Ktoreś ty niemal wszytkie strawił nad księgami,
Mało się bawiąc świata tego zabawami?
Teraz by owoc zbierać swojego szczepienia
I ratować w zachwianiu mdłego przyrodzenia!
Cieszyłeś przedtym insze w takiejze przygodzie:
I będziesz w cudzej czulszy nizli w swojej szkodzie?
Teraz, mistrzu, sam się lecz! Czas doktor kazdemu,
Ale kto pospolitym torem gardzi, temu
Tak poznego lekarstwa czekać nie przystoi!
Rozumem ma uprzedzić, co insze czas goi.
A czas co ma za fortel? Dawniejsze świezymi
Przypadkami wybija, czasem weselszymi,
Czasem tez z tejze miary; co człowiek z baczeniem
Pierwej, niz przyjdzie, widzi i takim myśleniem
Przeszłych rzeczy nie wściąga, przyszłych upatruje
I serce na oboję fortunę gotuje.
Tego się, synu, trzymaj, a ludzkie przygody
Ludzkie noś; jeden jest Pan smutku i nagrody.”
Tu zniknęła. – Jam się tez ocknął. – Aczciem prawie
Niepewien, jeslim przez sen słuchał czy na jawie.

1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (1 votes, average: 5,00 out of 5)


Tren XIX – albo Sen - JAN KOCHANOWSKI