Українська та зарубіжна поезія

Вірші на українській мові







Legenda o głodzie

I

Lat temu będzie moze sto, a moze
Nawet i więcej, gdy na nasze sioła
Przyszedł czas głodu… Tu, gdzie dzisiaj zboze
Pod czerwcowego wiatru tchy ciepłymi
Tak się – patrzajcie! – kołysze dokoła,
Tu była ziemia spalona i goła:
Krzak ostu wiądł gdzieniegdzie w tej pustce
olbrzymiej.

II

Na ustach ludu czas ten nieszczęśliwy
Żyje dotychczas zywotem upioru:
Starcy, co bujne postradali grzywy
W przeboju z losem, co duszę niezłomną
Mieli na burze na kształt dębow z boru,
Tak jak od wojny z Krzyzakiem lub moru
Żegnają się, jezeli o tym czasie wspomną.

III

Bo jakzez nie drzeć, gdy wszystko, co człowiek
Zdobył, pracując w krwawym czoła pocie,
Naraz, jak gdyby za mrugnięciem powiek,
Poszło na marne: wszak z bydła i koni –
A przeciez wiecie, ze chłopskie to krocie –
Nic nie zostało! Nic! W słonecznym złocie
Bieliły się ich kości pośrod spiekłej błoni.
IV

A kiedy całą wybito chudobę,
Czym odpędzali ludzie głodu zmorę,
Gdy, czarną wlokąc swym śladem załobę,
Stawała przy nich z wyostrzoną kosą?
Na zarnach zmełłszy korzonki i korę,
Piekli na słoncu w tę gorącą porę
Specyjał, posolony łez obfitą rosą.

V

Lecz owych biesiad takie były skutki,
Że coraz głębiej zapadały oczy,
W aksamitowe strojąc się obwodki,
Że skora zzołkła przyschnęła do kości,
A kości słabły, jak pnie, gdy je toczy
Czerw utajony, ze człowiek, ochoczy
Do zycia, widział w zyciu wroga bez litości.

VI

Matki, nie wiedząc, gdzie by kromkę chleba
Znalezć dla głodnych, zapłakanych dzieci,
Prozno środ łkania wznosiły do nieba
Oczy, krwią zaszłe: ochrypły, rozdarty
Głos ich po łanach wysuszonych leci,
Jak wyrzut słoncu, ze nad nimi świeci,
Zabojczy sypiąc ogien z swej niebieskiej warty.

VII

Z nie wybielonych lepianek, spod strzechy
Nie połatanej – zabrakło i słomy –
Ludzie szli w pole, azali pociechy
Dzien nie przyniesie im nowy, azali
Dla tych łaknących jednej, lichej kromy
Nie zakiełkuje spod ziemi widomy,
Radosny znak, ze sprzętow nie darmo czekali.

VIII

Ale na prozno! Kazdy ranek świezy,
Gdy swe rumience po niebie rozleje,
O piersi bolem wzmocnionym uderzy;
W kropelce deszczu, w tej dzdzu odrobinie,
Ktorą od morza chłodny wiatr przywieje,
Mieszczą się wszystkie a wszystkie nadzieje,
Lecz chmurki ani śladu, oko w zarach ginie.

IX

I tak się działo, ze ludzie się kładą
Na miedzach pol swych, złamani rozpaczą,
Albo się wloką jęczącą gromadą
Z procesyjami, na rozstajne drogi,
Pod czarne krzyze, by pieśnią prostaczą,
A przejmującą, ze lica się znaczą
Smugami łez, wyzebrać przyjście łaski błogiej.

X

I raz niejeden ten i ow z nędzarzy,
Na wznak upadłszy u stop Męki Bozej,
Ku niebu zywej nie podniesie twarzy:
Skonczył, bo wszakze przez całe tygodnie
Krzepiącej strawy do ust swych nie włozy:
Klęska posuchy od dzumy niegorzej
Waliła o ziem ludzi jak sprochniałe kłodnie.
XI

W takim to czasie smutku i niedoli,
Ktora trwać miała snadz po wszystkie wieki,
Gdy się zdawało, ze juz nie wyzwoli
Świat się z jej szponow, zaczęli się wieszcze
Jawiać po siołach, rozne święte leki
Zalecający na zgładzenie spieki,
Go przyszła niby pomor, lub straszniejsza jeszcze.

XII

Wyzołkli z nędzy, przygarbieni trudem,
Z okiem świecącym jak oczy prorokow,
Z plamami ognia na obliczu chudem
Szli między narod, wzywając pokuty,
Ktora by karą była grzesznych krokow,
Grzechy to bowiem zamknęły potokow
Niebieskich szczodre śluzy w tej godzinie lutej.

XIII

Tak nauczali… A zasię w ich gronie
Był jeden starzec, jak gdyby z zaświata
Zesłan na ziemię – taki zar mu płonie
W głębiach zrenicznych. On to z ogniem w głosie
Rzecze do ludu: “Straszliwa to strata,
Lecz tylko dym cię wybawi, co wzlata
Z ofiary ludzkich kości, spalonych na stosie…”

XIV

“Obłok, rodzący deszcze – tak powiada
W niesamowitej, zabobonnej wierze –
Rodzi się z dymu, a jeśli zagłada
Płynie z zbytecznych błękitow, więc taka
Jest ci ustawa niebieska, by szczerze
Dym jej najdrozszy poświęcić w ofierze:
Ofiara ta ofiarą zwie się Izaaka…

XV

Wobec niej – mowi – wszystko będzie na nic,
Modły ci zadnej nie dadzą otuchy!
Juścić, ze łaska Boga nie zna granic,
Jego nazwisko wszak to litość sama!
Lecz, by odpędzić tę klęskę posuchy,
Na to On będzie dziś i jutro głuchy,
Przebłagać Go li moze – płomię Abrahama…

XVI

Na nic, choć piątki suszyłbyś i świątki,
Nosił szkaplerze, pocierane w Rzymie
O męczennikow cudotworcze szczątki,
Choćbyś na puszczę, jak święty Antoni,
Poszedł daleką, albo zyskał imię
Tego Szymona, co w upał i w zimie
Na słupie stał, to na nic! To cię nie obroni!

XVII

Choćbyś, jak grzesznik dla obmycia zmazy
Swej biednej duszy, gdy ją na bezdroze
Zepchnie pokusa, tyle płakał razy,
A tak obficie, az z twych łez urośnie
Jezioro, większe nizli wielkie morze,
Przez ktore ongi dzwigał Dziecię boze
Oferus, jak na trzcinie, oparty na sośnie
XVIII

Choćbyś się zawlokł do Chrystusa grobu,
Klęcząc, a droga byłaby wysłana
Cierniem tak gęsto, ze nie ma sposobu,
Jakby uchronić, na setną godziny
Cząstkę, odarte ze skory kolana,
Choćbyś, jęknąwszy, gdy zaboli rana,
Za kazdy jęk po stokroć uzył dyscypliny –

XIX

Choćbyś z swych dobrych uczynkow, z strzelistych
Cnot i afektow taką wzniosł wiezycę,
Izby do niebios sięgła promienistych,
Gdzie, na tajemnic spoglądając dziwy,
Trojca swą wielką spełnia Tajemnicę –
Na nic to wszystko, jezeli twe lice
Nie spłonie przy dziecięcia ofierze skwapliwej!”

XX

Po zrozpaczonym ludzie poszła trwoga:
“Plewąśmy lichą w tym świata omłocie,
Ucieczką naszą jest li łaska Boga,
Ale gdziez znajdzie się człowiek gotowy
Oddać bogactwo, drozsze ponad krocie –
Własne swe dziecko? Ktoz biednej istocie
Rozkaze twej okrutnej wysłuchać namowy?

XXI

Nie bądz jastrzębiem, ktory na to krązy,
Jak by zadławić latające ptaszę!
Nie ządaj tego! Jak konie w uprzązy,
Myśmy chodzili według bozej woli
I między nami czyz byli Judasze?
Lecz na ten cięzar zbyt słabe są nasze
Ramiona! Ta ofiara nad siły nas boli!”

XXII

Ale ow starzec, z prostego człowieka
Wyrosłszy nagle w postać apostoła,
Ktorego słowo w moc się przyobleka
Cuda rodzącą, od razu do ludzi
Jakby nie własnym językiem zawoła:
“Wiem, ze się znajdzie ktoś z naszego sioła,
W ktorego sercu ządza ofiary się zbudzi!

XXIII

Bo jak krwi Panskiej i ciała sakrament,
Ustanowiony na ludzkie zbawienie,
Nie mieszka tylko wśrod katedr, gdzie zamęt
Tłumu bezmierny od wiekow się tłoczy,
Od pokolenia płynąc w pokolenie,
Albowiem ządza zarliwa nim zenie,
By blaski tych przybytkow olśniły mu oczy –

XXIV

Jako ow Łaski sakrament przeczysty
Jest i w kościołkach, posklecanych z drzewa
Niewprawną ręką wiejskiego artysty,
W cieniu lip starych, dębow i jaworow,
Gdzie się jęk ludu z rannym hymnem zlewa,
Ktory na chwałę bozą ptaszę śpiewa,
I z szumem, co z pobliskich przekrada się borow:
XXV

Tak duch ofiary, to w światow ogromie
Ziarno ukryte, z ktorego się rodzi
Wszelakie dobro, nieraz zbyt widomie
Nie mieszka tylko środ moznych w zaszczyty
I lśniące złoto, lecz pod strzechy schodzi
I z izb wzgardzonych prostakow wywodzi
Huf męznych, pułk zdobywcow twierdzy niezdobytej.

XXVI

Wiem, ze się znajdzie dziecię między wami,
Ktorego wątłe ma podzwignąć ramię
Wasze zbawienie… Juz ja je oczami
Widzę ządnymi… Tam ci ono stoi
Jeszcze wylękłe, ale juz ma znamię
Święte na czole… juz idzie – nie kłamię!…
Juz staje u ofiarnych, męczenskich podwoi!”

XXVII

Zaledwie skonczył te słowa, gdy z rzeszy
Blade się chłopię wysunie i rzecze:
“Na śmierć męczenską wielce mi się spieszy;
Niechaj mnie płomien ognisty ogarnie,
Jezeli przez to Bog ma w swoją pieczę
Wziąć litościwą nasz łany izby człecze
Zachody nie ginęły w tej suszy tak marnie!”

XXVIII

I wyda rozkaz gromki, tak niezwykły
Na ustach dziecka, izby w tym momencie
Stos ułozono. Matki się rozkrzykły
W rozdzierający serca bol, z dopustu
Zrodzon bozego na straszne poczęcie,.
Straszliwej pracy: ujrzały, jak święcie
Dziecina sama niosła wielką naręcz chrustu…

XXIX

I ułozono stos i onoć chłopię
Stanęło na nim, podniosłszy do nieba
Błękitne oczy: na niebieskim stropie
Gorzało słonce, czekając u gory,
By ktoś podpalił ten zadatek chleba.
Nie miał odwagi nikt, więc, jak potrzeba,
Płonącą rzucił głownię ow starzec ponury.

XXX

Lecz kiedy pierwszy kłąb dymu od ziemi
Strzelił w niebiosy, zanim ogien jeszcze
Zdołał ramiony objąć płomiennemi
Beztrwozne dziecię, stał się cud: od razu
Zebrał się obłok i ulewne deszcze
Na ołtarzysko upadły złowieszcze,
Ofiarę ocalając z bozego rozkazu…

XXXI

Zazieleniły się pola; dobytek
Na długie znowu miał zakwitnąć lata;
Z dziecka wnet wyrosł mąz, przejęty wszytek
Cudem dni owych – i, jak prorok, wstanie
I pojdzie wieścić na okraje świata
Siłę ofiary, jako ze bogata
Jest w kłos dojrzewający na zwilzonym łanie.

1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (1 votes, average: 5,00 out of 5)


Legenda o głodzie - JAN KASPROWICZ