Українська та зарубіжна поезія

Вірші на українській мові







Alchemia roślin

Dzien gorętszy od serca nie sprzyja marzeniu –
Ucieknijmy od słonca i uśnijmy w cieniu,

Będzie skwarne południe wisiało nad nami,
Będą drzewa szumiały w nasz sen gałęziami,

Srebrna miazga obłokow przypomni powiekom,
Podroz taką niebyłą, i taką daleką,

I to wszystko, co nigdy nie staje się we śnie,
Tego dnia śnić się będzie wszystkim jednocześnie.

Przyjdzie człowiek o jednem roślinnem imieniu
I pstrokatą dziewczynę zacałuje w cieniu:

Drzewny duch ich połączy i wiośnie przeznaczy,
Az kazdemu się przyśnią dziwniej lub inaczej.

Pojdą razem ulicą od sieni do sieni,
Do domow, gdzie cieniście będziemy uśpieni,

I powierzą nam swoje skłocone imiona,
Pstrokate i roślinne – te dwa: on i ona.

Od tych imion się zacznie. Bo gdy imię śni się,
Niknie zarys cielesny, a duch trwa w zarysie,

Az resztę oczu gasi mimowolna władza,
Ktora nieprzebudzonych ze snu wyprowadza.

śpieszmy się! Czas nam w drogę, a niema juz czasu,
Drzwiami mozna wypłynąć, nie ruszając zasuw,

I w te światy roślinne i światy pstrokate
Popłynąć na kwietniową, na nową krucjatę.

Śpieszmy się! Czas nam w drogę! Świat za światem dązy
I z daleka lśni obłok atłasowej komzy.

Ach, to Bog się przyłączył do naszych koszmarow,
Opuściwszy swych niebios księzycowy parow:

Wspolna lezy nam droga i niewiara wspolna,
I buszuje przed nami nicość nieutulna,

I światy niebywałe, zaklęte w imiona,
Pstrokaty i roślinny – te dwa: on i ona.

Karczma wisi na drodze. Popłynmy do karczmy
I byt jej zielonością kwietniową obarczmy…

Tam w gąsiorach z bursztynu jest patoka złota
Dla ptakow i aniołow strudzonych w przelotach.

Nie zna trudu marzenie wyzwolone z ciała,
Płynmy, płynmy dopoki jawa nie nastała.

Jakiś kościoł pękaty w słoncu nas dogonił,
Całą kwadrę za nami kopułami dzwonił,

Az się wreszcie uwikłał w lazurowych gąszczach
I odleciał z brzęczeniem złotego chrabąszcza.

Jeszcze słonce, na oślep, tratując przestrzenie,
Chlusnęło w naszą smugę zawistnym płomieniem,

I stoczyło się w proznię, gdzie wieczność pochmurna
Włozyła je na palec, jak pierścien Saturna.

Odtąd nic się nie działo nizej, ani wyzej,
Nie było juz oddali, nie było poblizy,

Wieczność stała się czasu i kresu mogiłą,
Ale samej wieczności takze juz nie było,

I nasz lot, odkąd minął kosmiczne ogromy,
Pozbawiony tych mijan – stał się nieruchomy,

I jeszcze tylko drgały raz-po-raz imiona:
Pstrokate i roślinne. Te dwa. On i ona.

Z dwojga imion powstało nowe imię – trzecie –
Nieznane jak świat światem, nienazwane w świecie,

Obudziło nas wszystkich uśpionych w południe,
Ocuciło nam dusze wędrujące złudnie,

I kazało klęczącym pod gwiezdną ulewą,
W doł i w gorę wyrastać, jak zielonym drzewom.

Przyjdzcie do mnie i spojrzcie jak szumię wysoko
Moją duszą liściastą i drzewną powłoką,

Przyjdzcie do mnie, do prostej, wesołej topoli,
Ktorej nic juz się nie śni i nic juz nie boli.

1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (3 votes, average: 2,67 out of 5)


Alchemia roślin - JAN BRZECHWA