Українська та зарубіжна поезія

Вірші на українській мові



Marzenie (Fantazja)



Lecz tylko ze pragniemy,
Ale nie rozumiemy,
Czego się trzymać, jako się sprawować,
Żeby nie przyszło na koniec bobrować.

J. Kochanowski

“Skowronek śpiewał – ja o świcie wstałem,
I czułem zycie, i zycie kochałem;
Lecz teraz zgadnąć nie mogę, dlaczego
Cięzy mi niesmak, dziwnie pomięszany,
Jak won fijołka świezo rozkwitłego
I pogrzebowych kadzideł tumany.

Przykre wrazenia – niby ze dziś z rana,
Przy świetnej uczcie, czarowna dziewica
Mowiła ze mną i kwiaty zroszone
Trzymała w ręku – i nagle, zmięszana,
Ucichła – śmiechem wykrzywiła lica,
I pokazała kości obnazone;
I znow mowiła: powoli, niedbale,
Jakby nic złego nie stało się wcale.
Dziwne uczucia – dawniej ja marzyłem,
Wszystko kochałem, we wszystko wierzyłem,
Szczęśliwy byłem!
A dziś?… smutny – i czemuz! Precz to narzekanie,
Lepiej oto zawołam marzenia, miłości.

Miłości moja! Marzenie! ja was proszę w gości,
Proszę, wołam – a tutaj taka cisza wszędy,
Jakby miłość z marzeniem umarła przed chwilką,
Jakby właśnie skonczono pogrzebu obrzędy,
I dym pozostał tylko,
I dalekie śpiewanie…

Lecz mniejsza o to – nie chcę, nie chcę marzen wcale,
Bo musi być coś więcej dla człowieka w świecie
Nad te liche zabawki, ktorych pragnie – dziecię…
O tak! musi być – jest coś – bo coz po zapale,
Coz po łzach, ktore nieraz w nocy zasiewałem
Mimowolnie, tak jakby opadł kwiat zrenicy,
I oko się zrobiło nasieniem przestałem:
Coz z tych łez wejdzie? – jeśli roślinka tęsknicy,
Marna, bezowocowa, jako te zabawki,
Za ktorymi uganiam prawie od powicia;
To ja wyrwę, pogniotę! pierworodne trawki,
Bo przeciez nie dla fraszek – na pręgierzu zycia
Rozpięty – czekam czegoś od całego świata,
Jak policzku od kata.”

Wtem nad gęste zarośle wzniosł młodzieniec czoło
Blade jak marmur, w ktorego głębokich framugach
Oczy niby łzawice przepełnione stały –
Młodzieniec błędnym wzrokiem spozierał wokoło,
A była noc pogodna – mgły legły na smugach,
I posrebrzane chmurki księzyc zwiastowały.

GŁOS NIEZNANY

(śpiew)
Gdy po deszczu, po majowym,
Wstęga tęczy cicho spłynie,
Ja w wianeczku lilijowym
Biegam sobie po dolinie.

Biegam, latam, krązę w kołka,
Po dolinie, po jeziorze,
I w głąb patrzę, jak jaskołka
Gdy zimowe zwiedza łoze.*

Biegam, latam, dokazuję,
Czasem w ptaszka się przerzucę,
Z skowronkami się wykłocę,
I – słowikom nie daruję.

Bo skowronki i słowiki,
I lilije, i powoje,
I jeziora, i strumyki,
Wszystkie moje – wszystkie moje!…

MŁODZIENIEC
Co to jest, co za śpiewy? – czyz i w poznej nocy
Trudno jest być samotnym?

GŁOS NIEZNANY
Ha, ha – skąd te zale?
Wszakze nie bardzo dawno wołałeś w zapale,
Że czujesz brak nieznośny, ze pragniesz pomocy
Tych ulubionych marzen, co zmarły przed chwilką,
A z obrzędow pogrzebu dym pozostał tylko…

Milczenie

Słuchaj! – ty mię znasz dobrze, ja dla twojej głowy,
Dla młodych myśli zawsze dostępna i bliska
Jako przy głowce maku listek atłasowy,
Majaczyłam i błogie plątałam zjawiska.
Jam Rusałka, marzenie – to młode marzenie,
Co, nie wiadomo po co, z chciwością dziecinną
Nieraz zebrze u człeka o jedno westchnienie,
O jednę łzę niewinną!
I westchnienia posłucha, i łzę na dłon schwyta,
I zwilzy nią krzew suchy: az liść się prostuje,
Zielenieje – i młody pączek wyskakuje!
Przeciera senne oczko, “Kto mię woła” – pyta.

MŁODZIENIEC
Dosyć – dosyć tych cacek!… trudno mi, nie mogę
Bawić się – bo mam jakieś silniejsze przeczucie,
Co odpycha pieszczoty – wzbudza nawet trwogę,
Że juz nie czas.

RUSAŁKA
Więc klęknij! dumaj o pokucie,
Żałuj, ześ przezył chwilkę – ha, ha! – dziwny człeku,
Twoje zycie? – to cząstka tak zwanego wieku,
A wiek? – sto lat, choć zginie, wieczność o nim nie wie,
Bo gdziez taka drobnostka moze ją obchodzić –
Ha, ha! – dalej, pątniku! zacznij płacz rozwodzić,
A ja wzajem rozrywki będę szukać w śpiewie:

Gdy po deszczu, po majowym,
Wstęga tęczy cicho spłynie,
Ja w wianeczku lilijowym
Biegam sobie po dolinie.

Biegam, latam…

MŁODZIENIEC
Precz, corko pieszczot i gnuśności!
Ja nie chcę mdłych rozkoszy – sam z sobą zostanę
I będę badał – śledził – przeczucie nieznane,
Ktore wrosło w me serce – przeczucie wielkości!…

RUSAŁKA
No, zostan sobie – zostan – lecz pamiętaj o tem,
Azebyś twoich szałow nie załował potem;
Zostan – a ja tymczasem polecę daleko
I zacznę moje czary – bo tez umiem cuda,
Jakie stwarzać nie kazdej rusałce się uda.
Ja czasem mrugnę tylko figlarną powieką,
Klasnę w dłonie – zawołam: “Dalej, moje kwiatki,
Kto tez najprędzej biega!” – a wnet na przegony,
Przez zarośle, mogiły, pola i zagony,
Rwą się roze, lilije, i pełzną bławatki,
I krzaki bzow wędrują,
Ziemię za sobą prują…
Ja zaś wciąz klaszczę w dłonie – lecę lotem strzały
Na pogon kwiatow patrząc, nucę pieśn radosną,
A gdy stanę – wnet wszystkie przy mych stopach wrosną,
Jakby się nie zmęczyły – jakby nie biegały –
Jakby, tędy przechodząc, ogrodnik przypadkiem
Zgubił garść roznych nasion, a stąd kwiaty wzrosły,
I przez zmruzone pączki spojrzały ukradkiem,
I świeze czoła wzniosły.

MŁODZIENIEC
Płonna maro! uciekaj – czy widzisz, tam, w dali,
Iskierka, błyskawica – ach, niebo się pali!
Zastęp wojska razony, jak zdeptana zmija,
Wściekłym jadem nabrzmiewa, kurczy się i zwija:
Zmora wojny to sprawia! bo tez umie cuda,
Jakie stwarzać szatanom nawet się nie uda –
Ona, klaszcząc mieczami, ryczy przerazliwie:
“Hejze! kto chce wawrzynow?” – a wnet tłumy lecą,
Dzikim wzrokiem jak światłem pogrzebowym świecą
I, przeskakując trupy, uganiają chciwie –
Uganiają, konają, nie z rozrządzen nieba,
Lecz z pragnienia wawrzynow – liści im potrzeba!…

(echo)

Liści im potrzeba!…

RUSAŁKA
Ach, jakześ ty niedobry! takie straszne rzeczy
Gadasz, ze az dreszcz bierze! – wierz mi, moj kochany,
Że twojej tak głębokiej, tak zatrutej rany
Dzielność moich urokow nawet nie wyleczy,
Więc zegnam cię na zawsze!…

– – – – – – – – – – – – – – – – – – – –
I między gęstwiny
Jęczący, głuchy szelest z lekka dał się słyszeć,
I mdlał – konał – nareszcie całkiem przestał dyszeć;
Potem raz tylko drgnęły gałązki leszczyny,
A potem wszystko ścichło.
– – – – – – – – – – – – – – – – – – – – –
“Ha! spadł cięzar z duszy!
(Krzyknął młodzian, radosny, i powstał raptownie),
O, teraz jestem zdrowy, silny niewymownie,
Bo cociaz chwilę strasznych przetrwałem katuszy,
Choć tłum rojonych cierpien brał mnie w swoje kleszcze
I gniotł, dręczył – jednakze teraz szydzę z niego,
Teraz godowy puchar dla siebie nalewam,
I dotykam ustami brzegu złoconego,
I będę szczęsny jeszcze,
I jeszcze pieśn zaśpiewam!

“Młodości! ty nad poziomy
Wylatuj, a okiem słonca
Ludzkości całe ogromy
Przenikaj z konca do konca!”
————————————————————
*Podług mniemania ludu, jaskołki na dnie wody przebywają zimą.



Marzenie (Fantazja) - CYPRIAN KAMIL NORWID