Українська та зарубіжна поезія

Вірші на українській мові



Odwiedziny



Pozwolisz mi, ze zdejmę ze ściany zwierciadła
I zatrzymam na chwilę wskazowkę zegara.
Drogi! Zapalę świecę, by godzina szara
Prędko się do naszego pokoju nie wkradła.

To nic, ze ci drzą ręce i ze ci jest duszno:
Włozysz gors chłodny, świezy na koszulę zmiętą,
Ja ci pomogę zapiąć, tylko, proszę, włoz no
Tę czarną marynarkę, chowaną na święto.

Pytasz, co trzymam w ręku? To prezent niewielki,
Drobnostka: tylko nie wiem, czy będzie pasować.
Nietrwałe są z tektury szyte pantofelki,
Lecz nie mozemy przeciez pieniędzmi szafować.

No, chodz! Nie bądz uparty, widzę, ześ się zaciął,
Chodz, rozłozysz wygodnie swe wychudłe plecy…
Coz to? Juz nie poznajesz swych starych przyjacioł?
To ja jestem: Lewiatan, Alter Fritz, Lukrecy!

Nie drzyj, głupcze, daj rękę. Widzę, twarz ci zbladła.
Lękasz się, ze wskazowka zegara zamarła?
Dla spokoju, dla ciszy nakryłem zwierciadła,
A świecę palę, zeby ci zajrzeć do gardła.

Jeśli się boisz, nie chcesz – ja cię nie zniewolę.
Proszę, wyjdz w swoim czarnym niemodnym tuzurku.
Nie pogonię za tobą, kiedy na podworku
Przestraszysz dzieci włosem zlepionym na czole.

Wiem, ze sam przyjdziesz do mnie cicho i powoli.
Ludzie wyszli, chorągwie niosą w ręku święte.
Tutaj nie ma nikogo. Wszystkie drzwi zamknięte.
Nie krzycz! Po co?! Ja wiem… wiem, ze to boli.



Odwiedziny - ANTONI SłONIMSKI