[Ten cichy ogrod o ściezkach bezludnych…] - ANTONI LANGE

Ten cichy ogrod o ściezkach bezludnych
Był mi prawdziwym ukojeniem ciszy –
Gdzie krzykow zycia ni zjaw jeg brudnych
Oko nie dojrzy, ucho nie dosłyszy.

Rozkołysały się klonowe liście,
Cieniem padając w alej parku szmery –
W cienie zaś słonce przenika złociście
I ziemię zdobi jak skorę pantery.

Wiatr centkowaną tę skorę porusza –
Raz potęgując jej złoto, raz mroki:
W tym kołysaniu oczyszcza się dusza,
Az-ci ją spokoj przeniknie głęboki.

Bo tak się mrokiem oraz słonca złotem
Linia zywota wiecznie rownowazy:
Bo tak nasz zywot z zieleni zywotem
W jasnowidzialną prawdę się kojarzy.

Jeno wyzwolon z wszelkiej nedzy zywej,
Idz za tym klonow zielonym sklepieniem,
W ściezek dalekie wpatrzon perspektywy –
A wstaniesz olśnion swoim objawieniem.

[Ten cichy ogrod o ściezkach bezludnych…]
«