Українська та зарубіжна поезія

Вірші на українській мові



Sen z Lorda Byrona

Dwoiste zycie nasze: sen ma świat udzielny

Środ otchłani, nazwanych bytem i nicestwem,

Nazwanych, lecz nieznanych, – sen ma świat udzielny,

Z rzetelną władzą rządząc nad marnym krolestwem.

Mary i zycie biorą, i postaci noszą,

Rozczulają i dręczą, i łechcą rozkoszą.

Troski dzienne cięzarem przywalają sennym

I ujmują cięzaru naszym pracom dziennym.

One się do istoty naszej mogą wcielić,

Zabrać połowę czasu i byt nasz podzielić.

Jak posłance wieczności – błysną i przepadną,

Jako przeszłości duchy – często przyszłość zgadną,

Jak wrozące Sybille – ciemność do ich ręki

Składa tyranskie berło rozkoszy i męki.

One, gdy zechcą, na to przerobić nas mogą,

Czym nie byliśmy nigdy; – one razą trwogą,

Wywołując cien z grobow. – Więc mary są cienie?

Przeszłość nie jestze cieniem? czymze jest marzenie?

Robotą duszy, – dusza moze wyprowadzić

Z nicestwa światy nowe i na nich osadzić

Doskonalsze od ziemskich kształty promieniste,

Wlać im duch trwalszy, nizli w ciała rzeczywiste.

Opowiem wam, co mi się dawniej przywidziało:

Moze we śnie – bo kiedy sen uwięzi ciało,

Duch wolny moze obiec rozległą krainę

I długie pasmo zycia w jedną zwić godzinę.

Zdało mi się, zem widział młodych ludzi dwoje.

Chłopca i dziewkę; stali na wzgorku oboje,

A wzgorek był zielony, pochyłej urody,

Niby jaki przylądek; tylko zamiast wody,

Wkoło zywy krajobraz i powiewna fala

Kłosow i sianozęci, i gdzieniegdzie z dala

Porozrzucane chaty; nad nimi dym bury

Ulotne snuł kolumny. Sam wierzchołek gory

Zdobiły zasadzone drzew i kwiatow wience;

Nie przypadek je sadził, lecz umyślne ręce.

Chłopiec i dziewka patrzą – ta na okolice

Piękne jak ona sama, a ten na dziewicę.

W nim rozwija się młodość, w niej piękność rozwita,

W obojgu młodość, ale młodość rozmaita. –

Jak wśrod niebios jaśnieje wdzięczna twarz księzyca,

Tak wpośrod lat niewieścich jaśniała dziewica.

Chłopiec był laty młodszy, lecz starsze nad lata

Serce jego; wzrok jego w całym kręgu świata

Jedyne tylko widział swej kochanki lice,

I widział ją przed sobą, w niej utkwił zrenice

I nie mogł ich oderwać; nie było w nim ducha,

Ona była mu duchem; głosu jej drząc słucha,

Ona była mu głosem; on swych oczu nie ma,

Ona była mu okiem: bo ścigał oczyma

Jej spojrzenia, i wszystkie oglądał przedmioty

W świetle od niej odbitym; on nie ma istoty,

Nie ma zycia: w nią przelał całe zycie swoje,

W niej, jako w oceanie, wszystkie myśli zdroje

Pogrązył; za jej słowkiem, za ręki dotknieniem

Krew w nim ścina się lodem albo wre płomieniem.

Twarz jego na przemiany goreje i bladnie,

Serce boli i bolow przyczyny nie zgadnie.

Lecz ona słodkich jego cierpien nie podziela,

Wzdycha, lecz nie do niego, – ma w nim przyjaciel?,

Ma brata, i nic więcej! – On przestawał na tem.

Że ją zwał przyjaciołką, ze go zwała bratem;

Teraz nie chce przestawać. Skądze ta roznica?

Czas rozwiązał zagadkę – kochała dziewica,

I kochała innego; i właśnie w tej chwili,

Gdy oboje na gorze stali i patrzyli,

Ona wzrokiem kochanka dalekiego nęci,

Żeby leciał tak bystro, jak lecą jej chęci.

Tu zaszła zmiana w scenach mojego widzenia.

Widać gmach starozytny; – stoi u przedsienia

Rumak z siodłem do drogi – w gotyckiej kaplicy

U ołtarza był chłopiec – nie widać dziewicy.

Chłopiec blady, samotny, przechodził się, myślił,

Usiadł, dobywa pioro, kilka słow nakryślił

I z pochyloną głową, na ręku oparty,

Wstał znowu, wstrząsnął głową i pisane karty

Na części rozerwawszy, w drzącej ciśnie dłoni,

I z gniewem w zębach szarpie, ale łez nie roni.

Uspokoił się nieco, zapalone lica

Ostygły i zmartwiały, – wtem wyszła dziewica.

Z obojętnym uśmiechem spotyka młodziana,

Choć dostrzegła, ze była od niego kochana,

Że jej cien jako całun padł na jego duszę,

I zgadła, ze on dla niej ma cierpieć katusze

Długie, straszne; nie zgadła, ze miał cierpieć wiecznie.

Chłopiec wziął ją za rękę; obojętnie, grzecznie

Spojrzał – i w tej mu chwili na zwierciadło lica

Wybiła niewymownych uczuć tajemnica,

I zagasła – i znowu czoło zaszło mrokiem,

Znowu puścił jej rękę i powolnym krokiem

Oddalił się w milczeniu, nie zegnał dziewicy.

Rozstali się z uśmiechem; on wyszedł z kaplicy,

Raz jeszcze na ojczyste gmachy okiem rzucił,

Dosiadł konia, pojechał – i więcej nie wrocił.

Tu zaszła zmiana w scenach mojego widzenia.

Chłopiec dorosł młodzienca – w obce pokolenia,

W dalekie zbłądził kraje i pod wschodnim słoncem

Poił duszę płomieniem, – on wiecznym był goncem

Na lądzie i na morzu. Dokoła postaci

Podobne jemu krązą, przyjacioł czy braci?

Tu mnostwo scen okropnych snuło się od razu,

I ow chłopiec był cząstką kazdego obrazu.

Ujrzałem go na koniec. Dziwacznie przebrany,

Gdzieś daleko, w obozie wschodniej karawany.

Środ połamanych kolumn, na gruzie pomnikow,

Co przezyły imiona swoich budownikow,

Lezał; a przy nim wielbląd zuł resztę obroku,

Kilka arabskich koni pasło się u stoku.

Podrozni, ktorych znuzył upał całodzienny,

Drzemali w cieniu ruin, – on jeden bezsenny,

Na ręku wsparty, oczy na połnoc obrocił,

Z twarzą natchnienia pełną – rozmyślał czy nucił?

Niebo czyste tak wszystkie chmury zdjęlo z siebie,

Że ledwie co nie widać Pana Boga w niebie. –

Tu zaszła zmiana w scenach mojego widzenia.

Dziewica z oblubiencem pierścionki zamienia.

On ją pojął, mnogimi osypał dostatki.

Widzę ją w cudzym domu, słyszę imię matki;

Otaczają małzonkę wesołe plemiona,

Nadobne syny, corki, – ale za coz ona

Jakąś tęsknoty chmurą wdzięczną postać mroczy,

Zdradzając tajną boleść, co jej serce toczy?

Źrenice niegdyś jasne zamgliła powłoka,

Niby jakaś łza dawna, przystygła do oka;

Skądze to? – Wszak z kochankiem złączona na wieki,

Wszakze ten, co ją kochał, jest od niej daleki,

Nie będzie myśli czystych złym zyczeniem brudzić,

Nie będzie jej westchnieniem nieumyślnym nudzić.

Czegoz smutna? wszak darmo wzajemności ządał,

Darmo w jej oczach zimnych nadziei wyglądał.

Wzgardzony, nie jest pewnie sprawcą jej katuszy,

Jest widmem dla pamięci, nie sępem dla duszy.

Tu zaszła zmiana w scenach mojego widzenia.

Młodzieniec znowu szuka domowego cienia.

Widzę go przed ołtarzem, z nim oblubienica

Młoda, wdzięcznej postawy, nadobnego lica:

Lecz nie była to owa najpierwsza kochanka,

Owa gwiazda błogiego młodych lat poranka.

Musiał o niej zapomnieć, – stoi zadumany,

Rozpatruje kościelne sklepienia i ściany –

Zadrzał i w tej mu chwili na zwierciadło lica

Wybiła niewymownych uczuć tajemnica,

I zagasła – i znowu czoło zaszło mrokiem.

Pogląda na swą zonę, ale błędnym wzrokiem;

Powtarza jej przysięgi, ktorych nie rozumie:

Z kim jest, gdzie jest, zapomniał w sprzecznych myśli tłumie.

Widzi tylko swą młodość, stary gmach, kaplicę,

I listek poszarpany, i swoją dziewicę.

Te przypomnienia kirem śmiertelnej zasłony

Oddzieliły na wieki młodzienca od zony; –

Po coz w takiej godzinie takie przypomnienia?

Tu zaszła zmiana w scenach mojego widzenia.

Widzę dawną dziewicę. Jakie w niej odmiany!

Ona w suchotach duszy; – jej rozum znękany

Opuścił ster myślenia, wzrok jej dziko lata,

Blask, co świeci w jej oku, nie jest z tego świata;

Ona jest jak krolowa nad panstwami marzen;

Jej myśl stała się węzłem sprzecznych wyobrazen;

Kształty, niedotykalne zmysłom śmiertelnika

I niewidzialne, ona dostrzega, dotyka

I w poufałej wzywa do siebie rozmowie:

Taką chorobę wiek nasz obłąkaniem zowie.

Lecz nieraz mędrzec głębiej w obłąkanie wpada,

Jeśli melancholiji smutny dar posiada;

Bo wzrok melancholijny jak teleskop sięga,

Dalekie widma zbliza, rozłączone sprzęga,

I urok zycia chłodną rozdarłszy uwagą,

Rozkrywa rzeczywistość wystygłą i nagą. –

Tu zaszła zmiana w scenach mojego widzenia.

Młodzieniec był pielgrzymem, jak widać z odzienia.

Kształty przy nim krązące znikły z senną marą

Lub wojnę z nim toczyły; – on stał się ofiarą

Nienawiści swych wrogow; zewsząd zguby bliski,

Postrzega sidła zdrady lub zemsty pociski.

Stoły jego zgryzota jak harpija plami,

On, jak dawny Mitrydat, karmił się jadami;

A trucizna nie była szkodliwą dla niego

I słuzyła mu na kształt chleba powszedniego.

Co innym śmiercią było, tym zycie przewlekał;

Zbrzydził społeczność ludzką, w pustynie uciekał,

Żył w przyjazni z gorami, myślą do gwiazd lata,

Wdał się w rozmowę z wielkim jenijuszem świata.

Wzbogaconemu nauk czarodziejskich zbiorem

Tajemna księga nocy stanęła otworem.

Jego klątwą wyzwane z głębokości ziemi

Duchy go otoczyły – i został się z niemi.

Nie ma więcej zmian w scenach mojego widzenia.

Zbudziłem się. – Jak dziwne wyrokow zrządzenia!

Moj sen dla dwojga ludzi smutny koniec znaczy,

Jednemu w obłąkaniu, obojgu w rozpaczy.


Sen z Lorda Byrona - ADAM MICKIEWICZ